wtorek, 16 października 2018

Wind of Change.


Dobry wieczór, dzień dobry,
tradycyjnie na wstępie powinnam przeprosić - Was, bloga, siebie... Powinnam przeprosić i obiecać poprawę. Wyjaśnić dlaczego znowu zniknęłam, łudzić się, że czekaliście na mój powrót  i przy tym wszystkim zdawać sobie sprawę, że nie uwierzycie, że zaszyłam się w Bieszczadach, rzuciłam wszystko itp. Chociaż...
Opowiem Wam historię.
Minęło (bez tygodnia) pięć miesięcy od kiedy ostatnio tu byłam. Szmat czasu. Zawiał wiatr zmian. Zmienił dużo, bardzo dużo, wiał długo. W sumie to był sztorm i zmienił prawie wszystko, ale nie bądźmy drobiazgowi... Nawet teraz, kiedy staram się jakoś to sobie wszystko w głowie poukładać, żeby opowieść miała ręce i nogi, czuję przeciąg, tornado myśli. Chciałabym, żeby było pięknie i wesoło (bo tak lubię przecież najbardziej), ale okazuje się, że bez łez nie mogę.
Może zacznę od początku. I tu zaznaczę, że to nie tak, że ten wiatr wiał mi zawsze piaskiem w oczy. Wiał też w dobrą stronę (w tym momencie możecie sobie zanucić Początek, chyba że tylko ja słyszę to w każdym zdaniu tego typu...). Bywało, że fantastycznie rozwiewał mi włosy, sukienki, skusił na kite'a.