środa, 20 stycznia 2016

BEST of 2015!

Zastanawiałam się czy jest sens podsumowywać rok, który zmieścił się w 56 postach. Przejrzałam wszystkie. Jeden, drugi, trzeci raz... I z wielką radością stwierdziłam, że to był całkiem dobry rok! Może skromny (no dobra - nie może, tylko bardzo, bardzo skromny!), ale fajny jeśli chodzi o zdjęcia i stylizacje (matko, jak ja tego wyrazu nie lubię!). Szkoda by mi było, gdybym sobie jednak darowała...  Forma musiała się jednak zmienić. Wcześniej robiłam BESTy z każdego miesięca. W tym roku zabrakło sierpnia i grudnia. Mało postów, więc BEST będzie jeden. Nie wybierałam najlepszego postu z miesiąca. Wybrałam ogólnie najlepsze, właściwie sama nie jestem pewna czym się kierowałam. To chyba wszystko kwestia impulsu... Kolejność jest chronologiczna, to Wam zostawiam wybór numeru jeden! Ok, to zapraszam na całkowicie subiektywny BEST of 2015!

Rozjaśnienie (23.01.2015)


Black, not bad (19.03.2015)


Wiosna (21.03.2015)




To już (30.06.2015)


Sound of silence (14.07.2014)


Sukienka na wietrze (17.07.2015)


Birthday girl (15.09.2015)


Ten dzień (29.09.2015)


Sopot, I love you (5.10.2015)




Szczęściara (23.10.2015)


Listopadowy (10.11.2015)


The Beatles w porcie (17.11.2015)


Black week (30.11.2015)


I jak, macie swój typ?

czwartek, 7 stycznia 2016

Hello 2016!


Tak się porobiło, że 2015 odszedł do historii, tak samo jak grudzień, który tutaj już na zawsze pozostanie pustym miejscem... Cały rok zleciał z prędkością światła. Szalenie dużo się działo, co niestety odbiło się na blogu. Już w zeszłym roku przeżywałam, że źle się dzieje, że kuleje, że ten pęd, wieczny brak czasu... Okazało się, że jednak może być gorzej. W tym roku postów było jeszcze mniej. Powiedziałabym nawet, że było ich żałośnie mało. Można by nimi obdzielić dwa (na bogato), albo trzy (normalnie) miesiące, ale dwanaście? Porażka moi mili, porażka! 
Mimo, że ten rok składał się z miliona naprawdę miłych chwil, wydarzyło się dużo dobrych rzeczy, kilka naprawdę ważnych i wspaniałych, obfitował w fantastyczne spotkania, chciałabym żeby następny był lepszy... Choć zaczyna się od pogrzebu i kolejnego wielkiego smutku. Zeszły rok zabrał się za przyjaciół, ten bierze się za rodzinę. Mijamy. Naprawdę mijamy. I to zawsze smutne, nawet jeśli odchodzi ktoś, kto pięknie  przeżył 95 lat. Nie mamy przecież gwarancji, że my również będziemy takimi szczęśliwcami. Nie mamy pojęcia ile jeszcze tych początków roku, białych kartek przed nami. Jeśli w tym roku nie wytrwamy w swoich postanowienia, nie spełnimy marzeń i nie zrealizujemy planów, być może już nie będziemy mieli szansy tego zrobić. Mało optymistycznie jak na początek? Moim zdaniem to niezwykle motywujące...
Ja tradycyjnie chciałam zmieniać swój świat i swoje życie od pierwszego stycznia. Wyszło jak zwykle, jeszcze cały czas trwam w świątecznym rozleniwieniu. Swoją drogą ni to przeziębienie ni to lenistwo... Nieważne. Od jutra, najpóźniej od poniedziałku zaczynam realizować to, co sobie wymyśliłam po cichu. Nie będę zbytnio przeżywała, że było słabo. Trudno. Przecież tego nie zmienię. Teraz mogę jedynie zrobić wszystko, żeby było już tylko lepiej. 
A przeglądając stare blogowe początki znalazłam życzenia, które wciąż są aktualne:

Ale przede wszystkim chcę życzyć Wam radości i wielu miłych chwil. Uśmiechu, chęci do działania i samego działania. Wielu marzeń i odwagi, by je spełniać! Życzę Wam, żebyście odkryli drogę do wyrażenia siebie. Zadowolenia z siebie, ze swojego życia... Inspiracji, wielu inspiracji w każdej dziedzinie. Wielu rewelacyjnych piosenek, wspaniałych smaków i pięknych rzeczy. Żebyście wstawali pełni siły i chęci, zasypiali z uśmiechem. Żeby było Wam najzwyczajniej w świecie dobrze i przyjemnie. Żeby ten rok był przełomowy, pełen magicznych chwil i szczęścia. Żeby był dobry! Tego wszystkiego (i jeszcze więcej) życzę Wam i w sumie sobie też... 



















poniedziałek, 30 listopada 2015

Black week.









Jest coś przerażającego w rzeczach nieodwracalnych. Coś tragicznego jest w końcu, w tym końcu ostatecznym. Coś mrożącego krew w żyłach, coś spędzającego sen z powiek... Są chwile, kiedy roztrzaskujemy się na milion maluteńkich kawałeczków, spektakularnie - jak słoik z cukrem, żeby trudniej było poskładać wszystko do kupy... Mój świat się zatrzymał. Kilka chwil temu nie marzyłam o niczym innym, chciałam żeby wszystko zwolniło, żebym mogła się w końcu ogarnąć, żeby nadrobić co trzeba, zrobić co trzeba... Dziś pluję sobie w brodę. W dupie mam takie niekontrolowane przystanki. To wcale nie przypomina leniwego siedzenia na ławce w parku. Jeśli już to gwałtowne hamowanie na drzewie... Drugi raz w tym roku stanęłam twarzą w twarz ze śmiercią cholernie wartościowego człowieka. O ile obie nadeszły zdecydowanie zbyt szybko, pierwsza poprzedzona była chorobą, co pozwoliło lekko się z nią oswoić. Druga przyszła nagle. Z dnia na dzień - jesteś, nie ma Cię. Nagle wszystko traci ostrość. Świadomość straty przygniata do tego stopnia, że trudno nabrać powietrza, oddychanie staje się wysiłkiem. Sama wiadomość o tej śmierci jest dla mnie równie szokująca, jak moja reakcja na nią... Okazuje się, że nie musi odejść nikt z rodziny, czy najbliższego otoczenia, żeby kompletnie się rozsypać. Odszedł człowiek, którego bardzo lubię, bardzo szanuję i jestem dumna, że jesteśmy znajomymi. Byliśmy. Cholernie żałuję, że nie miałam okazji poznać go bliżej, spędzić razem więcej czasu. Kiedy patrzę, jak żegnali go i wciąż żegnają przyjaciele, kłuje mnie w sercu. Ja nie mogę nazwać go przyjacielem, to byłoby nie w porządku choćby względem tych przyjaciół właśnie. Ale tego, jak bardzo go ceniłam (i będę cenić już zawsze!), nikt mi nie zabierze. Z drugiej strony, jeśli mi z tą całą sytuacją jest tak źle, nie chcę nawet myśleć, jak tragicznie jest jego bliższym. Życie bywa naprawdę okrutne. Pomyśleć, że stoimy w progu grudnia. Święta zbliżają się wielkimi krokami. Tyle, że Kolęda Dla Nieobecnych Preisnera, którą uwielbiam od lat, zyskała nową twarz. Kolejną. W zasadzie nie mogę w to uwierzyć. Chociaż wiem. Chociaż byłam na pogrzebie, widziałam trumnę i nazwisko. Nie chcę w to wierzyć. Wydaje mi się, że to niemożliwe, że już się nie spotkamy. Nie wypijemy tej herbaty odkładanej na później. Teraz już wiem, że nie wolno nic odkładać. Beznadziejne uczucie, kiedy okazuje się, że żadnego później nie będzie! A sprowadzając życie do internetu - czy wiecie, że są lajki i lajki wartościowe? Te jego liczyły się potrójnie... Ależ rzeczywistość potrafi brutalnie zaskakiwać. Tydzień już tkwię w tym stanie. Od tygodnia jestem w szoku. Jest mi źle i dziwnie. Tak naprawdę do dupy. Kompletnie! Świat jarał się czarnym piątkiem. Kiedy czarny staje się cały tydzień, ta nazwa wydaje się średnio stosowna. Czarny nie jest chyba jednak optymistycznym kolorem. Choćby te zdjęcia. Robiłam je we wrześniu ubiegłego roku. Strasznie mi się podobały, wyszły dokładnie tak, jak je sobie wymyśliłam. Do tego stopnia, że postanowiłam poczekać z nimi na jakąś odpowiednią okazję. Ehh... 
 Mam nadzieję, że kolejna czekoladka, na którą trafię z życiowego pudełka, będzie miała mniej gorzko-kwasny smak...


poniedziałek, 23 listopada 2015

Z metką.


Zastanawiałam się, czy istnieje idealny moment na przeprowadzenie krótkiej prezentacji. Czy byłby to jakiś konkretny dzień tygodnia, miesiąca, roku - nie wiem. Każdy dzień jest chyba tak samo odpowiedni i nieodpowiedni. Zawsze mogłoby się wydawać, że inny dzień będzie lepszy. Dzisiejszy napewno nie jest idealny, ale na niego trafiło. Przynajmniej to poniedziałek! Tyle musi mi wystarczyć jako fance porządku... 
Niespełna rok temu pierwszy raz podzieliłam się z Wami owocami mojej pracy. Teraz udało mi się wreszcie poprzestawiać priorytety tak, żeby zająć się tym na poważnie. Miałam wystarczająco dużo czasu, żeby zastanowić się co i jak chcę robić, jak to wszystko ma wyglądać i na czym powinnam się skupić. Pozostaje mi tylko (albo aż!) zrealizować plan. Przejdźmy jednak do rzeczy. Poniżej znajdują się zdjęcia ubrań, które aktualnie wiszą na moim wieszaku. Wszystkie znajdziecie również na  Allegro (klikając w link lub wpisując w wyszukiwarce DOMINIKA HERRMANN), tam możecie również przyjrzeć się detalom. 
Metka z serduszkiem to coś w stylu kolekcji limitowanej. Każdą rzecz staram się szyć choć odrobiną inaczej - dzięki temu każdy, kto ma na sobie coś mojego, może czuć się w pewnym sensie wyjątkowo. 
Nie sądzę jednak, żebyście tu wpadli czytać przydługie wywody - zapraszam do oglądania, a w razie potrzeby chętnie odpowiem na wszystkie Wasze pytania, mój mail jest do Waszej dyspozycji (znajdziecie go po prawej stronie).