środa, 22 września 2021

Dziesięć i pół i jeszcze troszkę.

 

Znowu dzieli nas długa cisza. Bardzo długa. W pewnym momencie sytuacja robi się na tyle żenująca, że nie wiadomo jak zacząć. Czy w ogóle jeszcze warto, czy jest do czego wracać, co odbudowywać. W końcu cisza potrafi zabić, już się o tym przekonałam. Chociaż ja, z naiwnością dziecka, wierzę, że jak się stara i się bardzo chce, to można naprawdę dużo, nie wszystko (o tym się już również boleśnie przekonałam na własnej skórze), ale dużo. Tego chcę się trzymać, bo inaczej wszystko zostanie pozbawione sensu, a kto by chciał tak żyć...

środa, 23 grudnia 2020

#christmasmood

 

W całym domu pachnie mandarynkami, choinka dumnie pręży się wystrojona bombkami, światełka i świeczki przytulnie zalewają wnętrza ciepłym światłem. Siedzę z dużym kubkiem grzanego wina, w tle leci Christmas Time with Magnolia Jazzband, moje tegoroczne odkrycie. W zasadzie mogłabym się spinać, bo okna nie są umyte (a przecież wiadomo dla kogo je myjemy przed Świętami), coś tam jeszcze jest do posprzątania, coś do ugotowania, paznokcie do pomalowania. Nie wiem co ubiorę, muszę jeszcze popakować prezenty i zadzwonić do paru osób. Siedzę sobie jednak spokojnie, piszę i spoglądam co jakiś czas na moją piękną kulę śnieżną, z której zerka na mnie uśmiechnięty aniołek. Oczywiście potrząsam nią i cieszę się tymi błyszczącymi drobinkami, które wirują i powoli opadają, mam do tego wynalazku niezwykłą słabość. Siedzę i najzwyczajniej w świecie jestem szczęśliwa. Udało mi się chyba opanować do perfekcji czerpanie radości ze świątecznej atmosfery. 

wtorek, 1 grudnia 2020

Magia grudnia.

 

Dziś, żeby oderwać się od dręczących myśli o zimie, całą swą energię przekułam w magię. Tak, dobrze słyszycie, w magię. Rozwiesiłam w oknach światełka, wyciągnęłam pudła pełne świątecznych wspaniałości - kubków, bombek, choinek, śnieżnych kul i innych klimatycznych drobiazgów. Odpaliłam świąteczne przeboje, zapaliłam lampki, pachnącą świeczkę i otworzyłam moje ulubione Dominosteine (czyt. te doskonałe kostki w czekoladzie z piernikiem, marcepanem i galaretką , to takie dobre, że można umrzeć ze szczęścia, serio!). No i stało się. Dom zrobił się przytulny, klimatyczny, ciepły. Gdyby nie antybiotyk, uczciłabym to grzanym winem, to byłaby idealna wisienka na tym świątecznym torcie, ale przecież nie mogę wszystkiego super zrobić jednego dnia. Chyba.

środa, 11 listopada 2020

Małe rzeczy.

 

Pomyślałam ostatnio, że nie mogę doczekać się zimy.

Ledwie ta myśl zaświtała mi w głowie, pojawiła się druga, niczym grom z jasnego nieba, stanowcza i karcąca. Zmusiła mnie do refleksji. 

Mówiąc, że nie mogę się doczekać, sprawiam, że tu i teraz przestaje być ważne i wartościowe. 

A w rzeczywistości jest ważne. Tak jak każdy jeden dzień, bez względu na to czy jest letni, zimowy czy wiosenny. Każdy jest wartościowy, a przynajmniej powinien być. Naszym zadaniem jest uczynić wszystko, żeby właśnie taki był. Naprawdę nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Kurczowo się trzymam myśli, że każdy dzień może być tym ostatnim. Jakkolwiek to brzmi. Wiecie przecież, że im dłużej czekamy na przyszłość, tym będzie ona krótsza. No i czy odważymy się tak naprawdę żyć i czerpać z niej garściami, jak już nadejdzie? Czy w ogóle ją zauważymy? A może po prostu obudzimy się pewnego dnia w fotelu, odgarniemy z czoła siwe włosy i spytamy samych siebie, jak to, kiedy to się stało, kiedy minęło? Bardzo lubię jedno zdanie. Zamiast ciągle na coś czekać, zacznij żyć, właśnie dziś, jest o wiele później, niż Ci się wydaje. To ks.Kaczkowski.

sobota, 7 listopada 2020

Dobre momenty.

 

Świat stanął na głowie. Chciałam coś napisać, wyrzucić to z siebie, jednak zdaje mi się, że większość została już powiedziana. Ładniej, dosadniej, lepiej, nie wiem. Mi zwyczajnie zabrakło słów. Było mi smutno, byłam rozżalona, wkurzona, zła, rozbita. W zasadzie jeszcze cały czas jestem, ale wiadomo, czas robi swoje. Pozwala się oswoić, otrząsnąć, wykrzyczeć. Oswoić. Cholera. Brzmi jakby się miało urządzać w tej czarnej dupie. Faktem jednak jest, że każdy absurd powtarzany systematycznie nabiera zwyczajności. Osłuchasz się, opatrzysz i już jakby wrażenia nie robi. Niby. Bo kiedy granice absurdu coraz bardziej się zaciskają, trudno mówić o normalności. Myślę też, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że tak trudno to zaakceptować. Trudno poskładać się do kupy i zupełnie normalnie funkcjonować. Mi jest trudno. Żeby nie zwariować z tej bezradności, żeby na chwilę się oderwać, trochę wyciszyć, wróciłam do jednego z najbardziej wakacyjnych dni tego lata. Teraz zamykam oczy i jestem na jednej z najpiękniejszych plaż półwyspu. Słońce, błękitne niebo, cisza. 

wtorek, 16 października 2018

Wind of Change.


Dobry wieczór, dzień dobry,
tradycyjnie na wstępie powinnam przeprosić - Was, bloga, siebie... Powinnam przeprosić i obiecać poprawę. Wyjaśnić dlaczego znowu zniknęłam, łudzić się, że czekaliście na mój powrót  i przy tym wszystkim zdawać sobie sprawę, że nie uwierzycie, że zaszyłam się w Bieszczadach, rzuciłam wszystko itp. Chociaż...
Opowiem Wam historię.
Minęło (bez tygodnia) pięć miesięcy od kiedy ostatnio tu byłam. Szmat czasu. Zawiał wiatr zmian. Zmienił dużo, bardzo dużo, wiał długo. W sumie to był sztorm i zmienił prawie wszystko, ale nie bądźmy drobiazgowi... Nawet teraz, kiedy staram się jakoś to sobie wszystko w głowie poukładać, żeby opowieść miała ręce i nogi, czuję przeciąg, tornado myśli. Chciałabym, żeby było pięknie i wesoło (bo tak lubię przecież najbardziej), ale okazuje się, że bez łez nie mogę.
Może zacznę od początku. I tu zaznaczę, że to nie tak, że ten wiatr wiał mi zawsze piaskiem w oczy. Wiał też w dobrą stronę (w tym momencie możecie sobie zanucić Początek, chyba że tylko ja słyszę to w każdym zdaniu tego typu...). Bywało, że fantastycznie rozwiewał mi włosy, sukienki, skusił na kite'a.

poniedziałek, 21 maja 2018

Jakby nie było jutra.


Żyj tak, jakby każdy twój dzień miał być tym ostatnim.
Ile razy w życiu słyszymy te słowa, ile razy je sobie powtarzamy? Jednak najważniejsze pytanie to ile razy sprawiamy, żeby tak było, ile razy czujemy, że tak jest. Czy w ogóle? Nie da się ukryć, że łatwo powiedzieć. Mówić można przecież tak wiele, jeszcze więcej myśleć (chyba, że to akurat nie jest czyjaś najmocniejsza strona, ale pewnie ma inne zalety...), gorzej jeśli chodzi o przystąpienie do działania. Szczególnie teraz, kiedy świat pędzi jak szalony, wymaga od nas ciągłego biegu i nie daje chwili na oddech. Wszystko musi być już, musi być tu i teraz, od ręki. Nie ma czasu na czekanie, nie ma czasu na nic. Jeśli się zatrzymamy, zostaniemy z tyłu. Proste. I naprawdę beznadziejne. Staram się robić wszystko żeby nie wpaść w pułapkę gonienia za królikiem, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że niezwykle łatwo jest się zapętlić. Pić, jeść, spać - jak tamagotchi*

niedziela, 13 maja 2018

Ten czas.


I oto kolejna wiosna staje się cudownym, przedwakacyjnym okresem, który tradycyjnie daje mi tyle radości, cieszy słońcem i długim dniem, ciepłem i eksplodującą zielenią...
Jest tak pięknie, że doprawdy trudno narzekać, marudzić i zrzędzić, że czas, dziad jeden, nie może zwolnić choć na moment, żebym tak mogła na chwilę zastygnąć w bezruchu, w hamaku, na ławce, na piasku na plaży i nie mieć wrażenia, że w ciągu tej chwili zleci tyle czasu.

piątek, 27 kwietnia 2018

#Sandefjord


Zapraszam na krótki spacer po Sandefjord. 
Malownicze norweskie miasteczko z pięknym portem. Ma w sobie wszystko to, co sprawia, że serce mocniej mi bije. Piękna Skandynawia. Czysta, spokojna, taka błękitna. I te domki, ajjj! Kolory, woda, cisza. Oczywiście musiało mi się podobać, jakby inaczej! Morze, słońce i to skandynawskie coś. Hipnotyzujące.