poniedziałek, 13 czerwca 2016

Nie można?

















 Odrobiny szaleństwa mi brak. Chwili bez zastanawiania się co muszę. Wpadłam w wir pracy. Znowu wszystko odkładam na później, z przymusu rzecz jasna. Niedoczas. Tak wielki, że nawet sen nie jest taki, jak być powinien. Nie potrafię konkretnie odpocząć. Moje życie ma dziwną skłonność do popadania w przesadę. Jak A to A, jak C to intensywnie do granic. Nie ma mowy o jakimś ogarnięciu, ustabilizowaniu. Nic z tego, musi być na wariackich papierach, na krechę w dół... Jak mantrę powtarzam, że od jutra, że od poniedziałku, że od nowego miesiąca. I za każdym razem okazuje się, że nie, jeszcze nie teraz, nie ma czasu, wszystko musi poczekać. Na to magiczne jutro, jeszcze bardziej magiczne później. Od miesiąca prawie zabieram się za opublikowanie tych zdjęć. Milion tekstów, które mogłabym tu wcisnąć, przeleciał mi przez głowę w ciągu tych wszystkich dni, wszystkie uciekły z momentem przyłożenia głowy do poduszki. Życie, czyż nie? Codziennie wieczorem wściekam się, że nie potrafię wygospodarować sobie kilku chwil, żeby tu przysiąść. Tyle chciałabym zrobić i zmienić. Tyle zdjęć czeka, aż je opublikuję. Brakuje mi bycia tutaj. Tak normalnie, nie z doskoku. I wściekam się, że jak już uda mi się tu być, to nie potrafię napisać kilku sensowych zdań. Żeby było fajnie, zabawnie i z sensem. Czy naprawdę nie można mieć wszystkiego?! 



niedziela, 8 maja 2016

I just want to have fun!






























Plaża, słońce, rewelacyjny nastrój - oto dzień idealny. Wbrew pozorom jestem szalenie niepoważna, najbardziej na świecie lubię się bawić. Bawić się doskonale! Uwielbiam się wygłupiać. Lubię spędzać czas na słońcu, kocham plażę i te chwile, kiedy nic nie muszę. Chwile, które sprawiają, że jestem szczęśliwa. Zabawa w wakacje... Oj, niezwykle ją lubię! I zapach morskiej wody i fale i ten wszędobylski piasek. Najlepiej! 



piątek, 6 maja 2016

Dziesięć.














Właśnie mija dziesięć lat od mojej matury. Trochę, jakby to było wczoraj, trochę przepaść, jakieś sto lat świetlnych... Jedno jest pewne, już wtedy doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że to jeden z najfantastyczniejszych okresów mojego życia. To był naprawdę piękny czas. Końca dobiegał mój związek z Gliwicami, więc czerpałam wszystko pełnymi garściami. Starałam się wykorzystać każdy moment, bo mój wyjazd zbliżał się wielkimi krokami. Zbierałam wspomnienia, chciałam być wszędzie, robić wszystko i ciągle było mi mało. To ten fantastyczny stan, który daje tylko i wyłącznie ograniczenie czasowe. Inaczej nie da się go osiągnąć. Nie ma odkładania na potem, to słowo praktycznie nie istnieje. Jest tylko tu i teraz. I ten nienasycony apetyt. Ajj, aż się łezka w oku kręci. Było naprawdę dobrze...
Wszyscy mi zawsze powtarzali, że zatęsknię za szkołą szybciej niż mi się wydaje (dodam, że nie byłam jej wielką fanką)... Nie zatęskniłam do dziś. Jeśli miałabym się cofnąć do jakiegoś momentu wybrałabym chyba początek, inaczej nie dałoby rady ogarnąć tego całego burdelu. Nie chciałabym jeszcze raz przerabiać szkoły, nauczycieli, godzin poświęconych na rzeczy, które zupełnie mnie nie interesowały, tych wielkich zawodów miłosnych, od których rozsypywałam się na kawałki, a które były warte tyle co nic... Nie chciałabym mieć tamtego podejścia do świata, do siebie, tamtych problemów i pomysłów. I nie chciałabym mieć tych dziewiętnastu lat, jeśli znowu miałabym być dokładnie tamtą mną. Inna biegałam na te egzaminy. Cieszę się, że mam już to wszystko za sobą. Walizka cudownych wspomnień warta jest tego mijającego czasu. A że bagaż doświadczeń nieraz doskwiera, cóż...