wtorek, 16 września 2014

Maxi i smoki.











Znowu chciałam uciec. Miałam kilka podejść do tego wpisu. Zbyt wiele, ale za każdym razem kasowałam wszystko poza zdjęciami, tekst znaczy i biegłam do łóżka. Z każdym razem bardziej rozdrażniona. I oto rozdrażnienie wybuchło. Rozlało się i czekam aż wyschnie. Muszę się naprawić, bo przecież oszaleję. Potrzeba mi więcej pozytywnych wrażeń. Więcej życia w tym życiu. Inaczej za każdym razem będę miała sto podejść do jednego napisanego zdania. A to takie czasochłonne i męczące jest…  Przycisk kasujący na mojej klawiaturze powinien dostać premię, order uśmiechu, czy co tam się daje za specjalne zasługi. Bez niego byłoby tu tak smutno, że sama bałabym się tu zaglądać. A zdaje się nie tego chciałam! Wyjątkowo długa i wyboista ta moja droga po spokój. Brakuje tylko smoków ziejących ogniem...

środa, 10 września 2014

Nie taka jesień straszna?


Powoli zbliża się jesień, co zresztą widać na załączonych obrazkach…  Zrobi się ciemno, deszczowo i szaro. Jak już przestanie być żółto, rzecz jasna! Mimo, że każdą porę roku darzę sympatią, jesieni zawsze się troszkę obawiam. Boję się, że za szybko zrobi się zimno, że zrobi mi się smutno i źle, że nic nie będzie mi się chciało… Po lecie, które niezupełnie spełniło moje oczekiwania, strach jest jeszcze większy. Tym razem jednak postanowiłam działać zawczasu. Cały podły nastrój, który już zaczął mnie męczyć postaram się zamienić w pozytywną energię, która jest mi potrzebna bardziej niż zwykle. Wiem, że jak się poddam, to popłynę z nurtem i obudzę się wiosną. Nie muszę dodawać, że obudzę się bardzo nieszczęśliwa... Dlatego postaram się całą moc płynącą z ostatnich rozczarowań przekuć w coś dobrego. Brzmi jak złota myśl z jakiegoś babskiego poradnika, ale zamierzam się tego trzymać. Zbyt bardzo przeraziła mnie niemoc ostatnich dni. I to zniechęcenie. Poczucie, że cały świat jest zły, a jestem zła do kwadratu, a nawet jeszcze gorsza, bo pozbawiona jakiejkolwiek wartości. Słabe. Tak więc trochę z przekory udowodnię światu, komuś i przede wszystkim sobie, że to wcale nie tak, że wszystko wygląda zupełnie inaczej. Nie będzie leżenia pod kocem, ani bezmyślnego wpatrywania się w telewizor czy monitor. Nie ma czasu na tego typu intelektualne rozrywki. Popłakałabym sobie, ale co dalej… Tyle rzeczy czeka na zrobienie, same się przecież nie zrobią!















poniedziałek, 8 września 2014

Melancholijny.


Miało być optymistycznie. W zasadzie tak właśnie powinno być. Sprzyjają temu zdjęcia, zachód słońca, kolory, które na siebie włożyłam. Słowem - wszystko! Nawet ta usapana mordeczka Ruperta. Zamiast tego znowu dopadła mnie jakaś melancholia. Może to przez ten ciepły wieczór, który widać na zdjęciach. Może morze, bo ono zawsze coś za mną robi. Albo to po prostu dalej to cholerne lato, które się skończyło bez ostrzeżenia. Nagle, szybko i dość boleśnie. Tradycyjnie już. Ciekawe czy kiedyś zacznę znosić to lepiej. Może jak się w końcu wszystko poukłada. Na przykład za rok. Żeby znowu się tak strasznie ze sobą nie męczyć. Szczególnie wieczorami, kiedy robi się zimno. Myśli krążą wokół ciepłych skarpetek i gorącej herbaty. Całonocne eskapady przestają być kuszące. Ciekawe czy to już starość… Wolę myśleć, że to złość wymieszana z bezsilnością, że nie zdążę już porobić sobie zdjęć we wszystkich letnich zestawach, które wymyśliłam. Że to wszystko przez sandały, których nie zdążyłam założyć, przez sukienki, które niedługo będę musiała schować. Nie wiem czemu nigdy nie zdążę się nacieszyć tym wszystkim, co typowo letnie. Frustrujące, ale przejdźmy do części drugiej, zdjęciowej. Tam jest pozytywniej. Napatrzę się, to może coś na mnie spłynie!



















niedziela, 7 września 2014

Powroty i okazje.


Kolejny raz przyszło mi wracać. Choć nigdy nie chciałam odchodzić. Lato spowodowało kosmicznie długą przerwę w moim blogowym życiu, a trwało zaledwie tyle, co mrugnięcie, może dwa. Wystarczająco, żeby rozbić mnie na tysiąc kawałków. Zbyt mało, żeby zrealizować plany. Dziś, kiedy staram się złapać równowagę, trudno mi uwierzyć, że to wszystko już za mną. Gdzieś w środku czuję zawód. Miało być inaczej! Witam wrzesień z przewróconym do góry nogami światem. I nie wiem, czy to mi się podoba, szczególnie, że w perspektywie mam długą zimę. Z drugiej strony, ta rysuje się całkiem kolorowo. Wiem, że nie mam nic gorszego od marudzenia (ok, kilka rzeczy bym na tej liście umieściła, ale nie o to chodzi). Wiem, że nie można się zapętlać. Mam zamiar możliwie najszybciej się ogarnąć. Z większością spraw nie powinno być problemów. W zasadzie już zaczynam wychodzić na prostą. Coś jednak zostaje i ciąży. Coś, czego nie umiem jeszcze obejść, nie potrafię rozgryźć. I szczerze? Czasem wolałabym mniej czuć i mniej myśleć. Gdyby nie to, byłoby mi chyba dużo lepiej. Cóż, żeby było lepiej, należy skupić się na tym, co przyjemne. Ostatnie dni obfitowały w przyjemności… Pierwszego września blog skończył trzy i pół roku. Chciałoby się powiedzieć - poleciało! Kolejna okrągła rocznica, która zmusiła mnie do przemyślenia kilku spraw. Kolejny raz mam nadzieję, że teraz już naprawdę będzie tylko lepiej, czego sobie (i w sumie Wam również) życzę. Pora zaangażować serce i zabrać się za to miejsce. To wyjedzie tylko na dobre. I sercu i mnie. Będąc przy mnie - drugiego września skończyłam 27 lat. Lata lecą. Choć w tym roku wyjątkowo czuję się, jakbym cofnęła się w czasie. Przez całe wakacje byłam święcie przekonana, że będę miała już 28 urodziny. Ach, gdybyście widzieli moją radość, kiedy się okazało, że to jednak 27! Jakbym dostała rok życia w prezencie! Niezwykłe uczucie… Co do samych urodzin - o ile wiele osób ich nie lubi, ja jestem fanką! Uwielbiam każdą okazję do świętowania, a urodziny są na czele tej listy (zaraz po Gwiazdce!). W tym roku znowu nie mam prawa narzekać, bo było naprawdę fantastycznie! Spotkały mnie w zasadzie same miłe rzeczy (+ kilka MEGA miłych!) i to jest pozytywne. I tego właśnie będziemy się trzymać! 
PS Tym razem wróciłam na serio!