niedziela, 20 kwietnia 2014

Rozkwitło.


Pięknie rozkwitło. Wszystko. Tak nagle! Świat w mgnieniu oka porzucił szarość, która pozostała mu po zimie i teraz pyszni się świeżą zielenią i delikatnością kwitnących drzew, krzaków i pierwszych kwiatów. Święta w tym roku przyszły idealnie w porę. Bardziej wiosennie chyba nie może być… Piękna pora na odpoczynek. Wymarzona. I cieszę się, że przez ostatni czas harowałam jak osioł jakiś i nie miałam czasu tracić głowy na wielkie przedświąteczne porządki. Bóg, sąsiedzi, ani nikt inny nie potrzebuje do szczęścia moich umytych okien. Nie zdążyłam umyć podłóg? Nic na siłę. Nie dziś, to jutro, albo za dwa dni.  Chodzi o przyjemność, a nie umęczanie się na własne życzenie. Jakby nie patrzeć, wszędzie ogłaszają, że to radosne są Święta… 
Życzę Wam żeby takie właśnie były. Żeby było radośnie, spokojnie, przyjemnie. Tak, jak lubicie. Z rodziną, przyjaciółmi, bliskimi. Przy stole, na spacerze, w górach, nad morzem, jeziorem, w mieście, czy na wsi, wszędzie. Niech okaże się, że prognoza pogody kłamie… Życzę Wam i sobie pięknej pogody, jeśli nawet nie za oknem, to ducha. I to nie tylko na te dwa dni. Niech ta radość się unosi w powietrzu przez kilka chwil. Wszystkiego dobrego!













poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Szary-mary.











 To było marcowe popołudnie. Kolejny z niezliczonych spacerów z Rupertem. I kolejny zestaw oszczędny w kolory. Myślę, że tak często sięgam po szarości, bo one w jakiś sposób pasują do mojej osobowości. Mimo, że lubię krzyczeć, również ubraniem, w dużym stopniu jestem szara. Cokolwiek miałoby to znaczyć. Lubię ludzi, ale cenię sobie swoją samotność. Tak samo lubię fuksję, ale szarość jest moją bezpieczną przystanią. W pewnym sensie to stan umysłu. I nigdy nie zgodzę się z twierdzeniem, że szary jest bez wyrazu. Mieści w sobie naprawdę dużo! Chyba najwięcej. 

sobota, 12 kwietnia 2014

Och Ziuta...
















Jeśli w jeden dzień można nadrobić całą zimę braku zainteresowania ze strony mężczyzn, to mam to za sobą. Oto kończy się dzień, w którym moje ego podskoczyło tak wysoko, że uderzyło w sufit. Panowie (głównie w grupach) zaczepiali, rzucali uprzejme pozdrowienia lub mniej urocze komentarze, gapili się bez skrępowania i obracali się mało taktownie… Dobrze, że na ulicy panuje mały ruch, bo jeden starszy pan mógłby spowodować wypadek. Słowem czułam zainteresowanie. Tak, tak, mojej próżności było tego trzeba. Zabawne, że mijałam prawie samych facetów. Jeszcze zabawniejsze, że mimo stosunkowo wczesnej pory (zdaje się że było koło 18.) zdecydowana większość z tych mężczyzn była pod wpływem alkoholu. Szczególnie ci poruszający się w grupach. Tym panom podobałam się najbardziej… Cytując klasyka: nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak.