sobota, 25 października 2014

Między pytaniem a odpowiedzią.










 Wierzyć mi się nie chce, że te gołe nogi miałam zaledwie tydzień temu. Dziś wahałabym się między grubym futrem, a ciepłą pikowaną kurtką... Wybrałam jednak opcję: nie wychylam nosa z domu. Słuchając odgłosów zza okna, jestem przekonana, że to była dobra decyzja.
Zdaje się, że to już najwyższa pora na przeorganizowanie okryć wierzchnich. Witajcie wszystkie ciepłe i grube rzeczy! Przestałam się łudzić, że jeszcze się gdzieś wybiorę w sandałach. Żegnajcie gołe nogi i lekkie okrycia… Sweter i owszem, ale raczej pod czymś. 
 Bardzo długo odsuwałam od siebie tę myśl. Jak się teraz nad tym zastanawiam, to chciałam chyba w letniej sukience przekoczować do Gwiazdki… Głupia ja. Naiwna. Wydaje mi się jednak, że znam przyczynę. Liczyłam na to, że uwiecznię jeszcze wszystkie moje ulubione zestawy z minionych wakacji. Te, których nie miałam okazji sfotografować i trochę mi tego żal. Czyli wszystko sprowadza się do własnej próżności. Kolejny raz. Bo ten cały blogowy bajzel to chyba w dużej mierze próżność. Tak mi się przynajmniej w tej chwili wydaje. Mało tego, nie jestem w stanie nawet dokładnie określić, po co to robię. Ok, lubię to, to chyba podstawowy powód. Ale czy wystarczająco konkretny? Oczywiście należy w życiu dążyć do szczęścia i ogólnego zadowolenia. Trzeba robić rzeczy, które sprawiają nam przyjemność. Tylko tu pojawia się pytanie czemu to lubię, co tak właściwie sprawia mi tę przyjemność? Te kilka lajków i miłych komentarzy, garstka obserwatorów, zdjęcia, które zyskały w moim planie dnia tak naturalny status jak obiad? Jeśli chodzi o ciuchy i inne bzdety związane z szafą, to od czasu, kiedy zaczęłam tu działać, wcale nie kupuję więcej, pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że kupuję zdecydowanie mniej i przede wszystkim zaczęłam się bardziej zastanawiać nad tym, co wybieram. A trzeba tu zaznaczyć, że nie dostaję nic za darmo. Nie licząc prezentów, np. urodzinowych, jak ten piękny naszyjnik mojej ukochanej Betsey Johnson. Ale to przecież zupełnie inna bajka... Będąc przy temacie tak zwanych prezentów, to śmieję się, że jestem najmniejszą blogerką świata. Z najmniejszą na świecie popularnością. Zdecydowanie nie trafiam w masowe gusta. Czy to znaczy, że mam swoją własną niszę? Blogerka niszowa brzmi całkiem przyjemnie… Ale nie siląc się na żadną fałszywą skromność, kiedy zaczynałam, wcale nie liczyłam na wielką sławę. Nie myślałam o darmowych szmatkach, chyba nawet nie wiedziałam, że tak można… Chciałam się po prostu podzielić z kimś moim spojrzeniem na modę. I tu też nie jestem pewna dlaczego. Co zabawne, byłam z siebie bardziej zadowolona, niż jestem w tej chwili, choć powinno być odwrotnie, bo w moim własnym mniemaniu to teraz jestem 'lepsza'. A już na pewno bardziej świadoma. Tylko dalej nie wiem czy to jest wystarczająca odpowiedź. Ha! Czy to w ogóle jest odpowiedź… Bo szczerze - jeśli to tylko próżność, to słabo...


czwartek, 23 października 2014

Odrobina kobaltu.











 Odrobina trendów w moim wydaniu, czyli kobalt - jeden z kolorów tego sezonu. Przyznaję, że ostatnio odpuściłam (bardziej niż zwykle) śledzenie trendów, a już na pewno podążanie za nimi. To stało się moją małą obsesją. Jeśli widzę coś super modnego, z reguły to odrzucam. Wszystko przez to, że przeraża mnie wizja klonowatego wyglądu. Zdaje się, że to trochę za sprawą blogów. Kiedy widzę jakąś świetną rzecz, to mówię łał, ale kiedy w ciągu tygodnia atakuje mnie z każdej strony, stwierdzam, że to wcale nie jest takie łał… To samo z zestawami, które w zasadzie niczym się od siebie nie różnią. Miliony zdjęć i kilka powielanych w nieskończoność schematów. Różnicą może być kolor włosów lub grubość nóg. Być może przesadzam, albo jestem zwyczajnie przewrażliwiona, ale staram się od tego uciec. Przekora to jedna z dominujących cech mojego charakteru i to może stąd… Istnieje też możliwość, że mam najzwyczajniej w świecie kiepski gust. Dokonuję słabych wyborów i dlatego nie jestem wystarczająco modna. Dla mnie jednak bardziej liczy się robienie rzeczy po swojemu. To tyczy się wszystkiego, z ubieraniem na czele. Od bycia najmodniejszym manekinem, wolę być od stóp do głów w swoim stylu, choćbym miała wyjść na tym gorzej. Poza tym kopiowanie gotowców nie jest sztuką. Pomijając, że nie zawsze jest korzystne… Sztuką jest zabawa i kombinowanie. Sztuką jest stworzenie swoich gotowców. Odkrycie wszystkich swoich wad i zalet i odpowiednio ukrywanie ich i eksponowanie. Chodzi o to, żeby stworzyć swoje własne cudowne zestawy, które będą ratowały z opresji, kiedy czas nagli… Zdecydowanie ta zabawa daje mi więcej frajdy. 

niedziela, 19 października 2014

Namiastka lata.


 I oto przed Wami klasyka gatunku. Każdy, kto zagląda tu od dłuższego czasu, doskonale wie, że paski i marynarskie klimaty to jedne z moich największych modowych obsesji. Coś, co nigdy mi się nie znudzi i zawsze będzie miało w mojej szafie odpowiednio dużo miejsca. Osobiście uważam, że jeśli chodzi o klasyczny minimalizm, nie ma idealniejszego połączenia. W sumie nie ma co się rozpisywać… Granat z bielą broni się sam. Zawsze! Zostawiam Was więc z jednym z tysiąca moich marynarskich zestawów. Z jesienną namiastką lata...












sobota, 18 października 2014

Romantyczny.














 Zwiewnie, dziewczęco, chciałoby się powiedzieć romantycznie. Połączenie nimfy z hipiską. Tak chciałam kończyć lato. Chociaż powinno być ładniej. Powinnam być chudsza, może bardziej uśmiechnięta. Powinno powiewać romansem, a tu w powietrzu nic poza melodramatem. Tak, tak, znowu… Nie oduczę się. Zdaje się, że wszyscy interesujący mnie mężczyźni najzwyczajniej w świecie mnie nie dostrzegają. Pomijając już, że spora część tych najfajniejszych dawno już się zajęła… Dlatego romantyzm zostawiam na zdjęcia. Jak jeszcze nad tym popracuję, to powinno być całkiem fajnie. Przecież to taki wdzięczny temat! 


wtorek, 14 października 2014

Biało-czarne.


Sex w wielkim mieście ma powrócić na wielkie ekrany. Świetnie, z przyjemnością zostanę obserwatorką ich kolejnych przygód. Chętnie z nimi chwilę pobędę… Na nowo odnajdę swoje cechy w każdej z nich. Przeniosę się do magicznego Nowego Jorku i rozbujam własną wyobraźnię. Ale to wszystko za jakiś czas. Teraz towarzyszy mi poczucie gigantycznej zazdrości. Jak zawsze, kiedy na myśl przyjdą mi owe panie. Zazdroszczę im jak cholera tej ich przyjaźni. Jeśli miałabym sobie czegoś życzyć, to chciałabym przyjaciółkę. Jedną, dwie - nieważne! Nigdy tym słowem nie operowałam. Można powiedzieć, że nie istniało w moim słowniku (przynajmniej w odniesieniu do mojej osoby). Może to był błąd, może powinnam mieć inne podejście do tematu. Cóż, stało się. W obecnej chwili zostałam dość konkretnie sama. Duża w tym moja zasługa, nie ukrywam. Popełniłam grzech zaniechania. I to zdaje się niejednokrotnie… Trochę 'tak wyszło', trochę zmusiły mnie różne sytuacje i okoliczności. Na chwilę za bardzo zrezygnowałam z życia i teraz mam swoją samotność. Całą dla siebie. Normalnie się nad tym nie zastanawiam, ale czasem ta myśl dopada mnie sama. Bo  przecież fajnie pogadać o głupotach, wyskoczyć na kawę, napić się wina. Razem porobić nic. Albo coś. Cokolwiek. Kiedykolwiek. Aspołeczność ma swoje minusy, nie ma co… W przeciwieństwie do czarno-białych zdjęć, te nie mają minusów wcale! Dlatego lepiej skupić się na nich. Na razie.