wtorek, 16 października 2018

Wind of Change.


Dobry wieczór, dzień dobry,
tradycyjnie na wstępie powinnam przeprosić - Was, bloga, siebie... Powinnam przeprosić i obiecać poprawę. Wyjaśnić dlaczego znowu zniknęłam, łudzić się, że czekaliście na mój powrót  i przy tym wszystkim zdawać sobie sprawę, że nie uwierzycie, że zaszyłam się w Bieszczadach, rzuciłam wszystko itp. Chociaż...
Opowiem Wam historię.
Minęło (bez tygodnia) pięć miesięcy od kiedy ostatnio tu byłam. Szmat czasu. Zawiał wiatr zmian. Zmienił dużo, bardzo dużo, wiał długo. W sumie to był sztorm i zmienił prawie wszystko, ale nie bądźmy drobiazgowi... Nawet teraz, kiedy staram się jakoś to sobie wszystko w głowie poukładać, żeby opowieść miała ręce i nogi, czuję przeciąg, tornado myśli. Chciałabym, żeby było pięknie i wesoło (bo tak lubię przecież najbardziej), ale okazuje się, że bez łez nie mogę.
Może zacznę od początku. I tu zaznaczę, że to nie tak, że ten wiatr wiał mi zawsze piaskiem w oczy. Wiał też w dobrą stronę (w tym momencie możecie sobie zanucić Początek, chyba że tylko ja słyszę to w każdym zdaniu tego typu...). Bywało, że fantastycznie rozwiewał mi włosy, sukienki, skusił na kite'a.

Dawno temu, w drugiej połowie marca, wróciłam ze Szklarskiej Poręby. Oczywiście wiecie, że spędziłam kolejną zimę fantastycznie się bawiąc w górach, bo przecież już wam o tym wspominałam. Wracam do tego momentu, bo to właśnie wtedy zaczął wiać ten wiatr zmian.
Zapragnęłam czegoś więcej, czegoś innego, czegoś nowego. Dziś widzę bardzo wyraźnie, że życzenia się spełniają, choć to momentami bywa cholernie ironiczne. 
"Uważaj czego sobie życzysz, bo to może się spełnić".
10 kwietnia rozpoczęłam nową przygodę (ależ to fantastycznie brzmi!), a tak serio to dałam się porwać fali zmian i zdecydowałam się na drugą pracę. Nie uwierzyłabym w to nawet dwa tygodnie wcześniej! Tymczasem minęło właśnie pół roku od kiedy zostałam recepcjonistką. Serio. Chociaż w sumie to chyba jeszcze cały czas nie wierzę, że to się dzieje, że na poważnie, że w białej koszuli... Tak czy inaczej mam grafik, wypłatę, nawet strój specjalny (ale o tym nie będziemy rozmawiać, zdecydowanie!). Mogę sobie wierzyć, ale to chyba jednak się dzieje.
Krótko po tym, jak podjęłam się tej nowej pracy, stała się rzecz straszna! To nie był kubeł zimnej wody, to nie był kubeł lodowatej wody w upalny dzień (a ostatnie miesiące mieliśmy wyjątkowo gorące). Szczerze, to jeszcze nie wiem co to było. Nie potrafię tego nazwać. Kop w twarz, zupełnie nieoczekiwany kop w twarz z jakiegoś cholernego glana. 
Podczas ogólnych badań okazało się, że Rupert ma fatalne wyniki krwi. Powtarzanie badań i zaklinanie rzeczywistości nie pomogło. Rak. Trzy pieprzone litery. Znak zodiaku mojego brata. Rak. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie chciałam w to uwierzyć. Łudziłam się, że będzie dobrze, że to nie może być prawda, że "to tylko sen, a w sen nie trzeba wierzyć" (przecież Bezsenni przekonywali mnie o tym od lat!). To jednak nie był sen, ani film. 
Miał przed sobą tydzień, miesiąc, pół roku. Dostaliśmy dwa miesiące. Najpiękniejsze i najsmutniejsze miesiące naszego życia. Przy mojej ostatniej wizycie tutaj pisałam o tym, żeby żyj, jakby nie było jutra. O ile łatwiej się o tym myśli, kiedy się tylko gdyba. Ja przeżywałam to w dosłownym znaczeniu każdego dnia. Bolała mnie każda chwila, którą mogłam stracić. 
Ten dzień krążył nad nami jak ciemna chmura, upierdliwa mucha, komar, który nie daje zasnąć. Mleko się rozlało, mogliśmy tylko czekać. I w najlepszy możliwy sposób wykorzystać czas, który pozostał. 
Ten dzień, kiedy nadszedł, roztrzaskał mnie na milion kawałków. 
Parafrazując Taco (bo te wersy, w tamtym czasie chodziły za mną jak cień) - łamało mi się serce nieraz, ale to co widzę teraz, mnie zabija niemal. 
To było tak, że "nic tu po mnie jeśli nie ma Cię też i nic już więcej nie zachwyci mnie, bo nic tu po mnie jeśli nie ma cię też..."
Płakałam. Płakałam bez końca. Wylałam morze łez. Przez pierwsze dni ledwo rozpoznawałam się w lustrze. Nie jestem pewna czy był chociaż centymetr mojej twarzy, który nie był opuchnięty. Myślałam, ze te łzy się nie skończą. 
Jeszcze się nie skończyły. 
Kiedy myślałam, że umrę, że to pęknięte serce nie da rady, że w tym całym moim bólu i cierpieniu osiągnęłam dno (albo najwyższy level), że już gorzej być nie może, że to już koniec - zostałam brutalnie sprowadzona na ziemię. Okazało się, że są istoty delikatniejsze, jeszcze bardziej kruche. 
Albert, moja kocia miłość, mały czarny futrzak, który swoim nagłym pojawieniem się w moim życiu zamienił mnie w typową demotywatorową Grażynę, dwa tygodnie po śmierci Ruperta postanowił do niego dołączyć. Dostał najprawdziwszej depresji i umarł. Zgasł, zupełnie stracił chęć do życia. Tak całkowicie. Ależ mi się wtedy nie chciało oddychać! Chciałam spytać co jeszcze, ale bałam się, że to zostanie odebrane jako zachęta do dalszej zabawy... 
Szczerze nienawidzę czerwca 2018. Zmiażdżył mnie, wdeptał w podłogę, obrócił w drobny pył, przemielił, wypluł, przejechał walcem. Wtedy czułam, że nic mnie już bardziej nie zaboli. Najwymyślniejsze tortury nie zrobiłyby na mnie wrażenia.
Byłam, zachowywałam się stosunkowo normalnie, funkcjonowałam. Wychodziłam - z łóżka, z domu. Nie miałam apetytu, w najmniej oczekiwanych momentach oczy zalewały mi się łzami, ale nie umarłam. Okazało się, że to nie jest takie proste, trzeba jeszcze więcej.
Czas mijał, w domu było nieznośnie pusto. Kawa w ogrodzie straciła smak i urok. Ale mijał, nie stanął w miejscu, wbrew temu, co mogło mi się wcześniej wydawać.
Los się musiał odmienić.
Sytuację i moje zdrowie psychiczne ratowali różni znajomi, którzy wyjątkowo intensywnie odwiedzali w te wakacje Jastarnię.  
Jestem Wam wszystkim szalenie wdzięczna, że przewijaliście się w te ciężkie letnie dni przez moje życie i nie pozwoliliście mi zaszyć się łóżku. Wiem, że z czasem byłoby mi strasznie trudno z niego wyjść.
Te wszystkie ciepłe, wspólne wieczory sprawiły mi bardzo dużo radości. I niezwykle szybko okazało się, że jest koniec sierpnia. Konkretnie ostatni weekend sierpnia, czyli finał Męskiego Grania w Żywcu. Koncert na którym bardzo chciałam być, ale wcale być nie miałam. Jeszcze w pociągu nie wierzyłam, że ściskam w dłoni bilet i tam jadę. W sumie to stojąc pod sceną, jeszcze kręciłam głową i przecierałam oczy ze zdumienia. Widziałam i słyszałam więcej niż sobie wyobrażałam. Ależ to było dobre! Doskonałe. Marzenie, które się spełniło. Tak serio, nie w krzywym zwierciadle. Przyjemne uczucie.
Póżniej nadszedł dzień, który również wisiał w powietrzu - pojechaliśmy do schroniska. Bez planu, ja z całym wachlarzem obaw, bo nigdy wcześniej w takim miejscu nie byłam. Bałam się przerażającego widoku, którego nie zastałam. Było mnóstwo słodkich kotów, fajnych psiaków i przemiłych ludzi. Nie byłam pewna jak to działa, czego się spodziewać. Teraz wiem, ale i tak nie umiałabym tego chyba porządnie wytłumaczyć. Ale właśnie na sofie za moimi plecami śpią dwie panienki. Tak najzwyczajniej w świecie. Wróciły spacery, głaskanie, sierść na ubraniach, psie miski i chrupki, które notorycznie rozdeptuje. Wróciło życie. Inne, nowe, fajne. Nie sprawiły, że mi mniej brakuje, moich chłopców, ale sprawiły, że jest dużo lepiej. Są przesłodkie i kochane. Szczęście się uśmiechnęło. To nawet zabawne, że podwójnie. Dom potrzebuje futerka, człowiek go potrzebuje. 
Mówią, że zmiany są potrzebne. Prawdopodobnie tak jest, mimo że jeszcze mam mieszane uczucia. Jestem bogatsza o wszystko co przeżyłam. Zmiany mocno namieszały. Znowu się zmieniłam, Zmienił się mój świat, moje podejście do niektórych spraw, do niektórych ludzi. Ktoś przekręcił kalejdoskop. Jest inaczej. Może gorzej, może lepiej. Inaczej. 
A wiatr ciągle wieje.

















1 komentarz:

  1. Świetne zdjęcia a wiaterek też niczego sobie ;)

    OdpowiedzUsuń