środa, 23 grudnia 2020

#christmasmood

 

W całym domu pachnie mandarynkami, choinka dumnie pręży się wystrojona bombkami, światełka i świeczki przytulnie zalewają wnętrza ciepłym światłem. Siedzę z dużym kubkiem grzanego wina, w tle leci Christmas Time with Magnolia Jazzband, moje tegoroczne odkrycie. W zasadzie mogłabym się spinać, bo okna nie są umyte (a przecież wiadomo dla kogo je myjemy przed Świętami), coś tam jeszcze jest do posprzątania, coś do ugotowania, paznokcie do pomalowania. Nie wiem co ubiorę, muszę jeszcze popakować prezenty i zadzwonić do paru osób. Siedzę sobie jednak spokojnie, piszę i spoglądam co jakiś czas na moją piękną kulę śnieżną, z której zerka na mnie uśmiechnięty aniołek. Oczywiście potrząsam nią i cieszę się tymi błyszczącymi drobinkami, które wirują i powoli opadają, mam do tego wynalazku niezwykłą słabość. Siedzę i najzwyczajniej w świecie jestem szczęśliwa. Udało mi się chyba opanować do perfekcji czerpanie radości ze świątecznej atmosfery. 

Odkąd pamietam, jestem wielką fanką Świąt. Poza jednymi, których można powiedzieć po prostu nie było,  wszystkie były super. Zawsze mieliśmy piękną pachnącą choinkę. Były bardzo duże, średnie, raz taka malutka nawet królowała. Prezenty zawsze były fajne, trafione, nawet te wymarzone wiedziały pod czyją choinką powinny leżeć, choć zdażyło się też, że nie było ich wcale. Na ogół w domu, na ogół raczej kameralnie, ale zawsze były to prawdziwe, świąteczne Święta. Czas leci, a one niezmiennie mnie cieszą. Kiedyś było mi trochę smutno, że nasze Święta nie wyglądają jak w reklamie, że nie ma dziadka, nie ma cioci, która przyjeżdża z drugiego końca świata, słowem, że nie są takie wielkie rodzinne święta z cudowną atmosferą, pełne śmiechu i zabawy. Z czasem zrozumiałam jednak, że ja po prostu nie mam takiej rodziny, moja jest inna. Nie przeskoczę niektórych rzeczy. Nic na siłę, nauczyłam się, że szczęście zależy od podejścia. Kiedyś może będę miała takie Święta i dom pełen ludzi, tymczasem mam kota śpiącego koło choinki, ciszę, spokój, ulubione potrawy, wielką butelkę prosecco, całą listę filmów do obejrzenia i cudowne poczucie, że nic, absolutnie nic nie muszę. Strasznie się tym cieszę. Nikt nie krzyczy, żeby czegoś nie jeść, bo to na Święta, bo wszyscy wiedzą, że przecież zaraz zmieniłoby się to w zjedz jeszcze, bo się zepsuje. Na co to komu... Ilość jedzenia również została zredukowana, bo mimo, że gotowanie sprawia mi ogromną frajdę, wiem, że po prostu nie da się zjeść wszystkiego. W tym roku sytuacja jest o tyle inna, że w domu miała być tylko Wigilia, a potem szybko w góry. Tak... Mimo, że Święta jednak bedą w domu, to i tak nie zmienia to faktu, że niektóre rzeczy zjedliśmy czy zrobiliśmy już wcześniej, myśląc, że nas nie będzie. To czyni ten miesiąc jeszcze fajniejszym, bo to nie tylko oczekiwanie, ale też świętowanie. Fantastyczna sprawa. Zabawnym jest, że niby wszystkie są gdzieś tam podobne, a każde są inne. Jestem w sumie dumna z tego, że tworzę swoją własną tradycję. Przygarniam wszystko co piękne, co daje radość i jednocześnie pozbywam się wszystkiego, co zbędne. Może właśnie dlatego tak wielką radość sprawiają mi te grudniowe dni. Nie ma tu dramy, nie ma zadęcia, męczących rytuałów. Dla mnie to koncentrat piękna, ciepła i przyjemności. 

I właśnie tego Wam życzę posiłkując się zdjęciami z moich poprzednich Świąt w domu. Zdjęciami, które miały tu trafić bardzo dawno temu.

Mam nadzieję, że te dni będą dla Was pięknym czasem, pełnym ciepła, bliskości, miłości, zdrowia i radości. Gdziekolwiek i z kimkolwiek będziecie. Bez względu na to czy bliskość będzie dosłowna, czy ciepło będzie przesyłane online. Życzę Wam wszystkiego dobrego!















Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza