Hel. Jeszcze piękny i słoneczny. Tak, kilka chwil temu wszystko takie było. Małe wycieczki kończyły się zdjęciami. Teraz jakimś dziwnym zrządzeniem losu większość odbywa się w deszczu. Ewentualnie w całkowitej szarówce. Słowem jest mało atrakcyjnie. Zdjęcia dla zdjęć nie są zabawne. Poza tym jak już gdzieś jestem, chciałabym pokazać piękno tego miejsca. Ubolewam nad tym, że umknął mi już sprzed nosa Sopot (więcej niż raz, ehh...), umknęła Gdynia i Gdańsk. Nawet Chałupy, Władysławowo i Puck. Do Chałup jeszcze wrócimy, ale do tych letnich, totalnie wakacyjnych... Uroki jesieni, kiedy przestaje być złota, cóż. Kiedyś przestanie być szaro i liczę na to, że uda mi się wszystko nadrobić. Tymczasem skoncentruję się na innych rzeczach. Żeby nie marudzić, nie popadać w depresję i nie zanudzać. Na dysku czeka masa zdjęć, pora pomyśleć też o robieniu jakichś w domu. Nie chcę uśmiercić bloga z powodu zwykłego braku słońca za oknem... No i moje ubrania - spodziewajcie się szczegółów już w kolejnym poście!
sobota, 21 listopada 2015
wtorek, 17 listopada 2015
The Beatles w porcie.
Jedyny zespołowy t-shirt jaki posiadam. T-shirt, który w szybkim tempie awansował do wąskiego grona moich absolutnych ulubieńców... No i zespół, do którego mam ogromną słabość. W sumie tyle w temacie. Mogłabym znowu rozpisywać się nad tym, jak bardzo lubię wszelkie odcienie szarości. Dodałabym kilka słów o ulubionych swetrzyskach i na koniec wspomniałabym o butach jednej z ukochanych marek (Kurt Geiger!). Tym razem jednak daruję sobie zwyczajowe pogawędki, bo zupełnie nie mam do tego głowy. Paplanina wyszłaby jeszcze gorsza niż przeciętnie, a po co... Całą energię koncentruję na przygotowaniu prezentacji numer dwa. Tym razem jednak na poważnie. Od pierwszej prezentacji minął już prawie rok, pamiętacie? W tym czasie strasznie dużo się działo. Właściwie aż do teraz nie miałam czasu do tego wrócić. Wszystko się jakoś tam kręciło, ale musiałam odpuścić. Więcej tego nie zrobię...
czwartek, 12 listopada 2015
Niespodzianka?
Przyzwyczaiłam się już chyba do tej całej szarówki. Powoli zaczyna mi się nawet podobać... W końcu szary to jeden z moich najukochańszych kolorów, a to chyba zobowiązuje. Poza tym nie mogę psioczyć w nieskończoność! Szaro, ciemno, nic się nie chce, nic z wyjątkiem spania. No trudno, pada, też trudno. Przebrnęłam już przez pierwsze (i ostatnie mam nadzieję!) jesienne przeziębienie, bez większego bólu doszłam do wniosku, że sandałów to już raczej w tym roku nie założę, a gołe nogi należą już do przeszłości (chyba, że mówimy o morsowaniu...).
Największym wyzwaniem jest dla mnie obecnie senność. Rano jestem trupem. Czasem też koło południa, albo już po nim. Najlepiej jest wieczorem, ale jak wiadomo z tym również różnie bywa. Zależałoby mi na ogarnięciu tego, ale wiem, że to cholernie trudne. Taka moja nieszczęsna natura. I smutne, że nie można wyspać się na zapas. Podczas tego mojego nieszczęsnego chorowania spałam naprawdę dużo. Jeśli już nie spałam, to i tak nie miałam siły wstać z łóżka i leżałam. Okazało się jednak, że to całe chorowanie ma zaletę. Kiedy tak leżałam i często nawet czytanie było wysiłkiem ponad moje siły, obmyśliłam sobie całkiem szczegółowo plan działania na najbliższy czas. Teraz kurczowo się go trzymam, powoli zaczynam widzieć efekty i jestem naprawdę zadowolona. Zabawne, że od kiedy pamiętam największym bodźcem do działania była dla mnie niemożność robienia czegokolwiek. Jeśli uda mi się utrzymać na tej drodze, a mam przeogromną nadzieję, że tak właśnie będzie, niebawem zaczniecie to dostrzegać także tutaj. Jednak, jako że chorobliwie wręcz nigdy nie chcę zapeszać, nie powiem, czego możecie się spodziewać. Niech to będzie niespodzianka. Dla Was i trochę dla mnie, jeśli faktycznie wszystko mi się uda.
wtorek, 10 listopada 2015
Listopadowy.
Listopad. Najwyższa pora, żeby go powitać! Jeszcze zanim się rozpoczął, wiedziałam, że te zdjęcia muszą być pierwsze. Według mnie idealnie oddają jego ducha. Szaro, deszczowo, już zimno, ale jeszcze cały czas nie aż tak bardzo... Jeszcze cały czas jesień, choć momentami w powietrzu czuć zimę. W telewizji rozbrzmiało już, że coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta... Ciężarówka Coca-Coli ruszyła w świat. Święta są już w reklamach, na półkach w sklepach i w mojej głowie. Pierwszym świątecznym zakupem, jak co roku ostatnio, były moje ulubione słodycze z Lidla z marcepanem i nugatem na czele. Właśnie zaczyna się oczekiwanie na najwspanialsze dni w roku, powolutku uwalnia się magia, to zdecydowanie mój ulubiony czas! Planowanie, szykowanie, kombinowanie, światełka, bombki, choinka... Same cudowności! To naprawdę magiczne, że od pierwszego momentu, kiedy tylko myśl o tym, że to już ten czas, jest lawiną przyjemności. Radosny dreszcz podniecenia nie opuści mnie już do końca Świąt. To pewne. Jeśli już to poczułam, nie ma odwrotu. Fantastycznie! Szczególnie, że w tym roku prawdopodobnie będzie naprawdę wyjątkowo. W sumie mogłabym już wskoczyć w jeden z moich świątecznych swetrów i tak trwać, ale myślę, że to mogłoby nie zostać zrozumiane. Cóż, skupię się na innych przyjemnościach... Och, na samą myśl, że to naprawdę już za chwilę, kręci mi się w głowie! Pomyśleć, że kiedyś nie lubiłam tego miesiąca...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















































