piątek, 15 grudnia 2017

Czemu by nie...


Na nic moje zaklinanie rzeczywistości. Jestem chora. Czuję się tak beznadziejnie, jak beznadziejnie można czuć się tylko z zapchanym nosem, załzawionymi oczami, ustami pękającymi z przesuszenia spowodowanego wydychaniem powietrza, bolącymi placami i ogólną pochłaniającą jak czarna dziura niemocą. Właściwie to czuje się jeszcze gorzej, bo ten stan niesie ze sobą odrobinę przyjemności w postaci całodziennego leżenia w łóżku bez cienia wyrzutów sumienia, czytania, oglądania filmów, picia mleka z miodem, herbaty z imbirem, przysypiania, niczym niezmąconego leniuchowania, na które w żadnym wypadku nie mogę sobie w tej chwili pozwolić. Nie wiem czemu chorowanie zawsze dopada mnie w momencie, kiedy musze być zwarta i gotowa, kiedy mam sto rzeczy na głowie i całkowity brak czasu. To nie jest w porządku. Chciałabym sobie tak beztrosko poleżeć w łóżku, mieć cały świat w nosie, tym zapchanym nosie...
Tymczasem kręci mi się w głowie, bo nie jestem pewna, co powinnam zrobić najpierw, co ewentualnie mogę olać, o czym muszę pamietać... Siadam z kubkiem gorącej herbaty w ręku i mruczę pod nosem, że nie dam rady, że nie mam siły, że mam wszystko w dupie, że odpuszczam. Nie zdążę dopić, a już wstaję i sama siebie karcę, że głupia jestem, nie wiem co mówię i to chyba gorączka, bo co niby mam zamiar olać?! I nie olewam nic. Odhaczam pozycje na mojej magicznej liście rzeczy do zrobienia. Byle przeziębienie, a ja tu jakieś cyrki... Powinnam iść spać. Porządnie się wygrzać, wyspać i jutro od rana działać z energią godną Atomówki. Próbowałam. Położyłam się, przykryłam kołdrą po same uszy i po pięciu minutach wyskoczyłam z łóżka, jak rażona prądem. Wszystko fajnie, ale jedną z niedających mi spokoju myśli jest blog. Cały czas brakuje sporo postów...
Pisałam i zastanawiałam się jakie zdjęcia wybrać. Mam trochę wakacyjnych, całkiem sporo niewykorzystanych sprzed roku, dwóch lat... Coś całkiem świeżego, coś sprzed miesiąca. Nic mi nie pasowało. Zastanawiałam się całkiem długo i w końcu udało mi się znaleźć coś odpowiedniego. Zdjęcia, które wylądowały w folderze fajne, ale do niczego. Nie miałam ich wrzucać. Miały sobie spokojnie leżeć na dysku, żebym czasem mogła do nich wrócić, jakbym zapomniała, że jestem szczęśliwa. I może ku przestrodze, żeby nie psuć już nigdy więcej fajnych zdjęć plastrem wielkości Brazylii (pamiętacie Bridget Jones i jej tyłek? No właśnie...). Nie wiem czemu w tamtym momencie o tym nie myślałam, nie wiem czemu nikt nie kazał mi go zdjąć. Wiem natomiast, że próba korekty była od początku skazana na porażkę. Aż tak mi nie zależało, żeby się specjalnie starać... I w zasadzie czy serio chciałam to robić? Może tak miało być. W tamtym momencie przekonałam się tak ostatecznie, że wygląd przestaje mieć znaczenie, jeśli w grę wchodzi bycie szczęśliwym. Może dlatego podświadomie czułam, że mimo wszystko się tu pojawią. Przyznaję, że było mi ich trochę żal, bo poza tym nieszczęsnym plastrem, są moim zdaniem całkiem zacne, jak na moje możliwości... I przynajmniej nie mam na nich czerwonego nosa. A wierzcie mi, że nie mam uroku renifera...


























6 komentarzy:

  1. śliczne zdjęcia!

    ~~~~~~>>>> Zapraszam do siebie
    Miłego wieczoru xx, Bambi

    OdpowiedzUsuń
  2. Też ostatnio biegałam z plastrem na brodzie, bo rozdrapałam strupek, a przed strupkiem był pryszcz i tak się doigrałam, że broda zaklejona ;) Nie polecam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ładna stylizacja. Na pewno rzuca się Pani w oczy :)

    OdpowiedzUsuń