sobota, 7 listopada 2020

Dobre momenty.

 

Świat stanął na głowie. Chciałam coś napisać, wyrzucić to z siebie, jednak zdaje mi się, że większość została już powiedziana. Ładniej, dosadniej, lepiej, nie wiem. Mi zwyczajnie zabrakło słów. Było mi smutno, byłam rozżalona, wkurzona, zła, rozbita. W zasadzie jeszcze cały czas jestem, ale wiadomo, czas robi swoje. Pozwala się oswoić, otrząsnąć, wykrzyczeć. Oswoić. Cholera. Brzmi jakby się miało urządzać w tej czarnej dupie. Faktem jednak jest, że każdy absurd powtarzany systematycznie nabiera zwyczajności. Osłuchasz się, opatrzysz i już jakby wrażenia nie robi. Niby. Bo kiedy granice absurdu coraz bardziej się zaciskają, trudno mówić o normalności. Myślę też, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że tak trudno to zaakceptować. Trudno poskładać się do kupy i zupełnie normalnie funkcjonować. Mi jest trudno. Żeby nie zwariować z tej bezradności, żeby na chwilę się oderwać, trochę wyciszyć, wróciłam do jednego z najbardziej wakacyjnych dni tego lata. Teraz zamykam oczy i jestem na jednej z najpiękniejszych plaż półwyspu. Słońce, błękitne niebo, cisza. 

    Był koniec lipca. Pojechałyśmy z koleżanką rowerami na plażę za Juratą. Pogoda była doskonała. Słońce świeciło cały dzień. Plaża była prawie pusta. Kojarzyło mi się to z wyprawami na plażę, kiedy byłam bardzo mała. Samo to, że nikt nie leżał mi na głowie napełniało mnie prawdziwym szczęściam. Kiedy myślę o tym, jak wygląda szczęście, najczęściej jako pierwszy pojawia się podobny obrazek -  piękny słoneczny dzień, plaża, szum fal, garstka ludzi, koc nad samym brzegiem morza, spokój. Dokładnie tak wyglądał mój świat tamtego dnia. Woda była przyjemnie ciepła, słońce piekło (o tym przekonałam się dopiero wieczorem, patrząc na czerwoną twarz, która o dziwo była moją twarzą w lustrze, choć dotkliwiej odczuł to mój spieczony tyłek, oj tak!). Unosiłam się w wodzie na moim różowym dmuchanym kółku. Tak, serio mam takie rzeczy, mając trzydzieści lat. Unosiłam się w tej wodzie i wierzcie mi, że nie chciałam niczego więcej. Liczyły się tylko tamte chwile. Kołysząca mnie delikatnie woda, widok zapierający dech w piersi, gorący piasek, ręcznik na którym leżałam tylko tyle, ile kostium potrzebował, by wyschnąć. Kilka chwil z Benkeim, bo książka na plaży musi być, wiadomo. Rozmowy o wszystkim i o niczym, takie w których rzeczy najpoważniejsze przeplatają się z zupełnymi błahostkami. Śmiech. Zbiór drobiazgów, małych rzeczy, chwil. Kiedy wróciłam do domu, czułam się, jakbym wróciła z wakacji. Opalona, wypoczęta, zadowolona, uśmiechnięta. Takie wakacje instant... Czasem naprawdę tak niewiele trzeba. Wystarczy zdać sobie z tego sprawę. Wystarczy się rozejrzeć. Zatrzymać na kilka chwil. Sprawić sobie przyjemność, zrobić coś, na co ma się ochotę, być tu i teraz i czerpać z tego pełnymi garściami. Łapiesz te chwile, wspomnienia, do których tak cudownie wrócić. Na kilka sekund, kiedy za oknem listopadowy zimny deszcz, kiedy ktoś chce urządzić ci piekło, kiedy jest ci smutno i źle. Niby się nic nie zmienia, ale chyba jakoś lżej ze świadomością, że bywa naprawdę cudownie. Czy to nie tak, że w takich momentach te dobre rzeczy bardziej doceniamy? Widzimy je, potrzebujemy ich i powinniśmy starać się uzbierać ich jak najwięcej. Kolekcjonować je i do nich wracać. Te dobre momenty.






















1 komentarz:

  1. Ciekawe, co na te wydarzenia, które pozostawiają Panią w - jak to Pani ujęła: "czarnej dupie" powiedziałby cytowany przez Panią w następnym poście ś. p. Ks. Jan Kaczkowski...

    OdpowiedzUsuń