wtorek, 23 października 2012

Shine on.

Zachciało mi się błysku. Może nie każdy ma takie potrzeby, ale ja miewam. I ta chwila nastąpiła. Była, minęła, zostały zdjęcia. Powiecie, że wyglądam niezgrabnie. Jestem niezgrabna. Nie czuję potrzeby wiecznego podkreślania figury. Mało tego, nie czuję takiej potrzeby prawie wcale. Już to tłumaczyłam jakiś czas temu. Co do potrzeb - różnie z nimi bywa. Czasem chcę wyglądać ślicznie, czasem dziewczęco. Bywa, że mam ochotę na coś dziwnego. Teraz na przykład czuję, że muszę ubrać sukienkę. Przeglądałam bloga i co? Ciągle chodzę w spodniach. Nic dziwnego, że potem czytam w komentarzach, że wyglądam jak chłop. W końcu baba to powinna kiecki nosić! I będzie... To jedna z rzeczy, które uwielbiam w blogu -  daje mi jasny pogląd na to, czego nadużywam, a czego nie zakładam wcale. Chociaż najlepsza jest ta wolność, którą mi daje. Bo tutaj mogę wszystko. Jestem królową, księżniczką, szefową... Nic nie muszę, mogę wszystko. Jedyne, na co nie mam wpływu to komentarze. Ale to jak pogoda. Na słońce też nie mam wpływu. Dlatego dziś prezentuję Wam własny blask. Co prawda w słońcu, ale wolę myśleć o nim w kategorii mój. I tego wcale nie pisałam ja. To moje wybujałe ego, które przy okazji pozdrawia serdecznie, bo ma dobry dzień, mimo poniedziałku.  




  




niedziela, 21 października 2012

Just want to have fun!




 Dziś jest ten dzień, kiedy nie mam ochoty się rozpisywać. Miałam zamiar poskładać kilka zdać, ale mi przeszło. Bezpowrotnie. Oczywiście na dziś. Nie liczcie na to, że zamilknę na wieki. Zamiast słów zostawię Wam dziś piosenkę, którą odkryłam przed chwilą. Może inaczej - piosenkę znałam w wykonaniu Cyndi Lauper, ale dopiero ta wersja mnie zauroczyła. Jest tak słodko urocza, że na razie trudno mi się nasłuchać. Tytuł właśnie stał się moim mottem. Moim i mojego bloga. 









Ogłoszenia, szantaże i pazerność.

 
Nie wiem czy to odpowiednia pora, ale w mojej głowie kiełkuje myśl krążąca wokół Sylwestra. Standardowo mam ochotę na imprezę, bal, czy cokolwiek innego, gdzie będzie pasowała szałowa, błyszcząca kreacja. Nie jakaś tam zwykła sukienczyna. W takich mogę chodzić codziennie. Potrzebuję cekinów, tiulu, piór, czegokolwiek, byle nie było zwyczajne i zupełnie normalne. Marzy mi się okazja, która pozwoli mi zmienić się w księżniczkę rodem z pokazu Betsey Johnson. Nie mówiąc o kreacjach zmysłowo-elegancko-ultra kobiecych (i myśląc o tym widzę projekty takich mistrzów jak Armani, Elie Saab, Zuhair Murad i tak dalej...OCH!). Nie chcę nawet myśleć o tym, jak prawdopodobnie to się skończy. Wolę sobie powyobrażać. Niestety nie posiadam znajomych, którzy wybraliby się ze mną na bal. Albo takich, z którymi ja bym się wybrała... Nie mam też pod ręką wiernego towarzysza, który z radością spełniałby moje zachcianki tego typu. W takich momentach pozostaje mi myśleć - nie to miejsce, nie ten czas. A ja jestem zwyczajnie spragniona elegancji, tej przeznaczonej na specjalne okazje. Może w akcie desperacji ogłoszę się gdzieś, że chętnie wypożyczę się na chwilę, w zamian za możliwość spędzenia tej chwili w odpowiednim stroju i miejscu. Z podkreśleniem stroju. Bo ogłoszenia kojarzą mi się raczej z jego brakiem... Cóż ten plan jest szyty grubymi nićmi, odpada, chyba, że go dopracuję. Ale jakże nużące byłoby spisywanie umowy, co wolno, czego absolutnie nie. Wygodniej będzie się przebrać i pochodzić po domu. W rytm Jeziora Łabędziego poskakałabym po pokoju, na korytarzu zgubiła kilka piór. I nie musiałabym uważać na niepożądane gesty, słowa, ręce. No, bo przecież, że wypożyczyłabym się, to jeszcze nic nie znaczy, niech sobie nie wyobraża! Pomyśleć, że człowiekowi się marzy tylko wystrzałowa kiecka... Tymczasem co? Jeansy i bezrękawnik. Zdobyty drogą szantażu i pazerności. Był kupowany dawno temu, bardziej pamiętliwi mogą go pamiętać z jednej z zimowych kolekcji NewYorkera. Miałam kupić płaszcz. Wypatrzyłam sobie jakiś taki, który za nic nie podobał się mamie. Byłam uparta, ale nie głupia. Za zmianę wyboru bonusem miała być ta kamizelka. Nowy płaszcz wybrałam w 10 minut. I dziś z całą stanowczością mogę stwierdzić, że to była dobra decyzja. Płaszcz podoba mi się do dziś. A tamten? Pamiętam, że tez był w kratkę, że miał kaptur i był trochę sportowy. I nie był wyjątkowy, bo nic więcej sobie nie przypominam. Jak próbuję go sobie wyobrazić widzę burą plamę na wieszaku. W zamian mam słoneczną kamizelkę, której prawie nie noszę, ale zawsze kiedy to zrobię, zdaję sobie sprawę, że jest fajna...





sobota, 20 października 2012

Simple plan & little love.

 
Plan na dziś był prosty - czerwone rurki i granatowy sweter. Dodatki miały wyjść w praniu, jak to się mówi... To ta czerwień z granatem była myślą przewodnią. Totalnie oszalałam na punkcie tego połączenia. Jak zauważyliście, jestem dość kochliwa i to właśnie moja nowa miłość. Od kilku dni za mną chodziła, męczyła, nie dawała spokoju. I mało tego - chodzi dalej! Tak więc spodziewajcie się w najbliższym czasie małych powtórek. Kolejną miłością są moje absolutnie fenomenalne buty, to boski Steve Madden! Jeden z wielu prezentów na moje 25-te urodziny, które wielbię wręcz... Wrzuciłam jakiś czas temu ich zdjęcie na facebooka, ale nie miały jeszcze swojej premiery. Namiętnie, je przymierzałam, głaskałam (bo są włochate), oglądałam, ustawiłam je nawet w 'najlepszym' miejscu na regale w szafie, żebym je miała na oku, pod ręką i co bym tam chciała jeszcze, ale do dziś nie miałam ich na sobie dłużej niż pięć minut. I cóż mogę powiedzieć - są boskie! Wrzuciłam dziś na siebie jeszcze jeden prezent urodzinowy, mianowicie torebkę, w absolutnie idealnym kolorze. Nie wiem, jak można nie lubić urodzin... Są takie przyjemne i sympatyczne. Moje trwały jakiś miesiąc, co znacznie przybliżyło mnie do następnych, co już nie jest takie różowe. Bo nie wiem czy wiecie, że urodziny obchodzę dość specyficznie - do zeszłego roku obchodziłam z uporem maniaka osiemnastkę. Pierwsza, ta prawdziwa, też trwała miesiąc. I była naprawdę szałowa. Miałam dwie duże imprezy, przez każdą przewinęła się masa ludzi, dostałam niesamowite prezenty (od znaku drogowego(!), przez jednorożca, dmuchany basen i faceta 'idealnego', po bieliznę i biżuterię) i naprawdę cudownie się bawiłam. Z pierwszej mam zdjęcia, kiedyś się nimi z Wami podzielę, z drugiej niestety nie mam ani jednego (chyba). Przez kolejne lata obchodziłam drugą,trzecią i piątą osiemnastkę. Do tego roku. Za rok i dwa dalej będę obchodziła 25, aż do trzydziestki. Podzieliłam sobie życie na te ciekawsze liczby... I powiem Wam, że ten system się sprawdza. Jestem bardzo zadowolona, że go opracowałam. 






  

 





czwartek, 18 października 2012

Budyń waniliowy.

 
Można powiedzieć, że powoli wczuwam się w zimowy klimat. Wszystko za sprawą szalików i czapek, które wczoraj układałam. Oczywiście musiałam przymierzyć wszystkie lepsze nakrycia głowy, a jakże. I do nich zaliczają się wszelkie futrzane czapy. Nie jestem jednak tak na nie napalona, żeby paradować w nich już teraz, kiedy ledwo przyzwyczaiłam się do jesieni. Na chwilę obecną mam futrzaki, które w zupełności mi wystarczają. Ten, który mam na sobie dzisiaj, jest moją najnowszą zdobyczą. Zachodzące słońce przekłamało tylko jej kolor. Nie jest aż tak waniliowy. Swoją drogą, czy Wam te zdjęcia też kojarzą się z budyniem waniliowym? Wszystko, to niebo, moje ciuchy... Takie troszkę apetyczne. (Niebo, nie ja.) Kolorystyka i klimat, które kojarzą mi się z wieczornym lenistwem. Taki nicnierobienia czas. Ale już nie letnim. Widać, że idzie zima, nie ma co! Mimo, że jest naprawdę ciepło i przyjemnie. 
 








 

środa, 17 października 2012

W panterach i pomarańczach z głupatami w tle.

 
Piękną dziś mieliśmy jesień... Kiedy wstałam i zobaczyłam słońce, nie mogłam go zignorować. Nie rozpieszcza nas ostatnio, a już wczoraj sobie w brodę plułam, że rano świeciło, a ja się grzebałam. Dwa razy pod rząd ten sam błąd to głupota, więc zebrałam się w sobie, wskoczyłam w kolorek i mam zdjęcia. Poranne, cieplutkie chciałoby się powiedzieć. I w sumie można, bo istotnie było ciepło. Podtrzymuję przy tym swoją tezę sprzed jakiegoś czasu - słońce jest mi niezbędne do szczęścia. Lubię deszcz, śnieg, burze, ale tylko słońca mi brakuje, kiedy zbyt długo go nie widzę. W ten oto sposób, jak oszołom zaczęłam paplać o pogodzie. Gratuluję sobie poziomu inteligencji owej wypowiedzi, będzie co wspominać, wnuki chętnie posłuchają... Swoją drogą, mam nadzieję, że będę miała jakieś wnuki. Ostatnio chodzą mi po głowie myśli przedziwne, jakieś matrymonialno-dzieciowe, nie w moim stylu zupełnie. A wszystko przez to, że ostatnio zalewa mnie fala ślubów koleżanek, znajomych... Ciągle słyszę, że ktoś za chwilę, przed chwilą, teraz. Aż się w głowie kręci. Ale to nic przy tym, że siadam do facebooka i co rusz dziwę się, że mam kogoś w znajomych. Kto to jest, ja nie znam nikogo takiego! Wchodzę, patrzę - zdjęcia ze ślubu. Nie zrobię moim znajomym takiego psikusa, nie zmienię nazwiska. W sumie nigdy nie miałam tego w planach, ale ta moja dezorientacja co do listy własnych znajomych-nieznajomych, przekonała mnie zupełnie do własnych racji. Wszystko jednak w swoim czasie. To nie jest problem na najbliższy rok. 


marynarka - Jacques Vert
bluzka - Butik
spodnie - Gap
okulary - Diverse
buty - Allegro