Jak mogliście już zauważyć w tym roku przeżywam absolutną fascynację Chałupami. O ile zawsze lubiłam tam jeździć, dopiero w tym roku robię to stosunkowo często. Wizyty owocują zdjęciami, ale zdaje się, że nie mieliście jeszcze okazji zobaczyć ich wszystkich. Dziś wygrzebałam takie sprzed równych dwóch tygodni. Była słoneczna, bardzo ciepła niedziela, wiał wiatr, a dookoła było mnóstwo łodzi (i windsurfingów i kite'ów też...). Wszystko za sprawą regat. Corocznych, tradycyjnych, znanych mi od dziecka... Właśnie się dowiedziałam, że to już od 35 lat. Kaszubskie Łodzie pod żaglami, bo o tym mowa.
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
niedziela, 11 sierpnia 2013
Gorączka weselnej nocy, czyli blask złotych cekinów.
Tydzień po weselu prezentuję Wam moje zdjęcia.
Piękny Pałac w Rybnej. Magiczne miejsce. Pałac w którym nie spotkałam księcia, nie złapałam bukietu, ale czułam się jak księżniczka. Prawdziwa księżniczka! Cieszyłam się ogromnie, że z wielu możliwości wybrałam te właśnie złote cekiny. W dalszym ciągu się cieszę i uważam, że to był dobry wybór. Nie mogłam oprzeć się kokardce, więc jest i ona. Znowu. A wesele? Fantastyczne! Pomyśleć, że po poprzednim marudziłam, że mam ich za mało, a już jestem po kolejnym. Czekać tylko, aż zacznę znowu jęczeć, że sukienka mi się marzy...

piątek, 9 sierpnia 2013
Wycieczka krajoznawcza.
Dziś mam dla Was coś z innej bajki. O ile się nie mylę to absolutna premiera adidasów na moim blogu! Nie jestem pewna w stu procentach, ale raczej tak jest... Tak czy inaczej oto one, moje (chyba) jedyne, stare, w dalszym ciągu białe. Byłyby nawet idealne, gdybym ich rok temu nie obszorowała na deskorolce. Do kopalni jak znalazł! Bo dziś zabieram Was właśnie do kopalni. Przy okazji moich małych wakacji miałam okazję zwiedzać kopalnię, choć wcale tego nie planowałam. Myślałam, że będzie inaczej, gorzej, a tu szok. Przyjemnie, miło, chłodno (przy panujących upałach te 8-10 stopni to coś wspaniałego!). Jeśli będziecie w okolicy Tarnowskich Gór - polecam.
Na deser słońce w pełni i Mała Wieża Eiffla, czyli Radiostacja w Gliwicach. Jeden z widoków, które uwielbiam! Żałuję, że miałam za mało czasu i nie posiedziałam pod nią dłużej...
czwartek, 8 sierpnia 2013
Gliwice, Gliwice!
Słyszałam, że jeśli umiera ktoś bliski, na zawsze żyje w naszym sercu. Podobnie wygląda sprawa z Gliwicami. Chociaż one nie umarły. Są i mają się świetnie (z tego co zdążyłam zobaczyć). Odszedł (choć zdecydowanie nie w niepamięć) mój czas tam. Moje mieszkanie, życie, cały świat. Wszystko wróciło na Półwysep. Zabrałam ubrania, których wtedy wcale nie było dużo, marniutką kolekcję butów, wszystkie książki, pamiętniki, zgromadzone bzdety, zawartość komputera, zdjęcia i masę wspomnień. Ciężko było zostawić wszystko, czego zabrać się nie dało. Myślałam, że z czasem wszystko trochę wyblaknie. Miałam nadzieję, że zacznę tęsknić ciut mniej. Zdaje się, że nic z tego. Wróciłam po pierwszej od czterech lat wycieczce i jestem rozdarta tak samo jak wtedy, krótko po maturze. I teraz jestem pewna, że to się nie zmieni. Zostawiłam tam część siebie. Rzecz nie do odzyskania. Z kolei Gliwice wrosły we mnie. Gdziekolwiek bym nie była (choć zapewne przeważnie będę na morzem, taki typ), będę nosiła je ze sobą. Jestem szczęśliwa, że mogłam tam znowu być, spać, spacerować. Wyglądać przez okno na drzewo, które wcale się nie zmieniło. Mijać zupełnie obce twarze, spotykać te znajome... Odkrywać nowe miejsca, uśmiechać się do starych. Jestem szczęśliwa, że kiedyś mnie tam wywiało. To wywróciło moje życie do góry nogami. Może byłoby mi lepiej, gdybym nie miała za sobą tej przygody, ale cieszę się, że stało się tak, nie inaczej.
Na zdjęciach widzicie moją szkołę (LO nr 1) i fragment wnętrza Manufaktury Cupcakes.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































