poniedziałek, 5 listopada 2012

Kilka słów o czapce.


Niezaprzeczalny numer jeden, mój mały hit - szara czapka, która praktycznie nie schodzi mi z głowy. Nie wiem czemu tak jest, ale jak już ją zakładam, kiedy robi się chłodniej, noszę ją prawie bez przerwy. Kiedy ją kupowałam nie przyszłoby mi do głowy, że będzie tak używana. A że jest widzicie sami. Taka niepozorna,  zupełnie zwyczajna. Kiedy ją kupowałam ten fason był nowością. W każdym sklepie były podobne we wszystkich kolorach. Wtedy nie miałam jeszcze obsesji na punkcie szarości. Byłam na etapie fuksji i kobaltu. Te dwa kolory towarzyszą mi do dziś. Pozycja szarego zdecydowanie się umocniła. I nie mam na myśli tej jednej czapki. Ale coś w niej jest. Mam dwie podobne, ale to właśnie ta sprawia, że czuję się kompletnie ubrana. Zawsze i do wszystkiego mi pasuje. Może gdyby pozostałe były identyczne, a nie tylko podobne, nosiłabym je częściej? Może gdybym sprawiła sobie jeszcze jakieś, to nie zanudzałabym Was tą jedną jedyną?













niedziela, 4 listopada 2012

Akcja: Kamuflaż.


Przyszła pora na wyciągnięcie futrzanego kołnierza. Jego tegoroczny debiut odbył się w towarzystwie starego płaszcza. Może stary to za duże słowo, bo raptem jakieś pięć lat, może ciut więcej. Co roku do niego wracam. Na chwilę, na jedno, czy dwa ubrania. Ale przez ten czas myśl mi nie przeszło, że mogłabym się go pozbyć. I wcale nie dlatego, że liczyłam na wielki powrót pseudo militarnych ciuchów. Kupiłam go sporo po moim romansie z moro. W przyjemnym okresie. Mam z nim, w nim mnóstwo dobrych wspomnień.  Do takich rzeczy się przywiązuję. Może to głupie, może nie. Tak już mam. Lubię wspomnienia i marzenia. Trzymam się ich dość mocno, bo boję się tego, jaka byłabym bez nich. 









piątek, 2 listopada 2012

Sweet November, please be good to me.


Wczoraj powinnam witać listopad, ale oczywiście mam mały poślizg. To takie częste, niezwykle nudne chciałoby się powiedzieć. Ale z opóźnieniem, czy bez niego - mamy listopad. Jesień pełną parą, czas zimowy, za oknem ciemno. Bywa zimno. Tutaj jednak nie ma dramatu. Poza zimnymi wieczorami jest całkiem przyjemnie. Listopad zawsze należał do moich najgorszych miesięcy razem z marcem chyba... Takie długie, ciemne, zimne. Mierne i złe. W tym roku postanowiłam zmienić nastawienie. Przecież listopad to prawie grudzień, a grudzień to Gwiazdka, którą uwielbiam, kocham i wielbię. Pierwszy raz w tym roku mogę powiedzieć - idą Święta. Powolutku, są jeszcze daleko, ale już idą. Cudownie. Nie ma czasu na jesienne depresje, smutki i melancholie.  Dlatego też serwuję sobie i oczywiście Wam dawkę koloru. Na dobry, optymistyczny początek. Lubię początki. I końce w sumie też, bo zwiastują kolejne początki. 












czwartek, 1 listopada 2012

Maybe I'll kill you...


Długo zastanawiałam się, czy chcę być ofiarą czy oprawcą. Do ostatniej chwili byłam bliższa wybrania roli ofiary. Ale to może za rok... Wczoraj chciałam zabić wszystkich. A może tylko wybranych? Za sprawą horrorów i programów kryminalnych nie mam problemów z myślą o śmierci. Nie przeraża mnie krew, czy zwłoki. Nie lubię bólu, ale myślę że to dałoby się przezwyciężyć. W końcu wszystko siedzi w głowie. Siła, strach, odporność i jej brak. Dotarłam do mrocznych zakątków własnej duszy i znalazłam to. Nazwałabym to klątwą laleczki Chucki. Chociaż wcale nie oglądałam laleczki w akcji... To moja interpretacja. Wizja mrocznej nocy Halloween. Ileż to horrorów jest opartych na tym schemacie? Wszędzie pełno krwi, wszyscy poprzebierani - raj dla psychopatycznych morderców. I niech Cię nie zwiedzie sukienka lalki barbie... Lepiej się bój, bój, bój!














Raz, dwa, trzy -wchodź do gry.
Cztery, pięć, sześć - na Ciebie mam chęć...