wtorek, 22 września 2015

Koniec lata.





















 To już koniec. Ostatni dzień lata za kilka minut przejdzie do historii. Szukałam zdjęć, które najlepiej oddawałyby wakacyjny klimat i stwierdziłam, że żadna sukienka nie jest w stanie przebić taplania się w wodzie... Od teraz każdą kąpiel będę mogła podpiąć pod morsowanie, ażurowy kapelusz ustąpi miejsca filcowemu. Jeśli ubiorę letnią sukienkę to tylko w towarzystwie swetra i botków. Ok, wcale nie twierdzę, że tego nie lubię, to byłoby nie fair (nawet względem siebie!), po prostu łezka mi się dziś w oku kręci. To naprawdę koniec! Najwyższa pora na zmianę klimatu (co wcale nie oznacza, że nie będę przemycała tu kolejnych bardzo wakacyjnych zdjęć!)... Przez ostatnie dni starałam się oswoić z tą myślą i chyba będzie dobrze. Zdaje się, że jestem już na to gotowa.W końcu już za parę miesięcy znowu będzie lato!


niedziela, 20 września 2015

Właśnie tu.














Kolejny wakacyjny obrazek. Tak się porobiło, że nie wyobrażam sobie lata bez Chałup. Jestem uzależniona od widoku, który tam mam. Wiecie doskonale, że nie wyobrażam sobie życia bez wody pod nosem, a tam mam dodatkowo kolejną z moich obsesji - pomosty. Chciałabym taki jeden dla siebie. Całymi dniami mogłabym na nim siedzieć, leżeć, moczyć nogi, czytać... Ależ byłabym zrelaksowaną i szczęśliwą osobą! Sama myśl o tym sprawia, że mam na twarzy rogala. Cóż, na razie jednak nic nie wskazuje na to, żebym miała zostać właścicielką podobnej wspaniałości, tym bardziej więc cieszę się, że mam w zasięgu ręki takie idealne miejsce. Na pewno wspominałam już nie raz, że tam naprawdę odpoczywam. Odrywam się od wszystkiego, co normalnie zajmuje mi myśli. I to jest fantastyczne. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem szczęściarą. Nie wiem czy doceniam to wystarczająco mocno, ale mam nadzieję, że tak. To wielka sprawa być na swoim miejscu, wiecie? Nie muszę szukać, nigdzie się tułać, bo wiem, że to właśnie tu powinnam być. Mogę jechać wszędzie, zwiedzić wszystkie zakątki świata (a nie ukrywam, że to jedno z największych marzeń mojego życia!), ale to właśnie tu zawsze będę wracać. Nigdzie przecież nie będę bardziej u siebie niż tutaj, na półwyspie...

sobota, 19 września 2015

Protest song w czarnej sukience.











Kolejny raz lato kończy się zbyt szybko. Znów czuję niedosyt. Działo się dużo, momentami nawet bardzo dużo, ale tradycyjnie nie zdążyłam nacieszyć się tym wszystkim. Ciepłem, które teraz już nie jest takie samo, słońcem, które grzało mocniej, dniami, które ciągnęły się do samej nocy... Nie jestem pewna czym to jest spowodowane i jak to działa, ale jestem przekonana, że moja doba skróciła się kosmicznie względem odległych czasów szkolnych. Dzień za dniem pędzi z prędkością światła. A ja się tak nie bawię. Wcale mi się to nie podoba. Dlaczego nikt mnie nie zapytał o zgodę? Ja jej wcale nie wyrażam! To nagłe przyspieszenie działa na mnie lekko depresyjnie, boję się, że za kilka chwil się obudzę i nie poznam się w lustrze. Protestuję moi drodzy. To nie może tak wyglądać. Wszystko trzeba szybko żeby zdążyć pożyć, popracować, wyspać się. Przeczytać książkę, obejrzeć film, posiedzieć z gazetką przy kawie, pójść z psem na spacer, zobaczyć jaki świat jest piękny (bez względu na porę roku!). To wszystko z wywieszonym jęzorem. Żeby się nachapać, żeby nie żałować, że czegoś się nie zrobiło, czegoś zabrakło. Tylko, że (cholera!) zawsze czegoś zabraknie. Nie da się zrobić, przeżyć, czy choćby posmakować wszystkiego. Nawet jakby się bardzo chciało. Przynajmniej ja nie potrafię. Albo pęknę, albo sobie w końcu język przydepczę. A wystarczyłoby tylko troszkę zwolnić ten nieszczęsny czas. Rozciągnąć dobę, tu czy tam dorzucić kilka darmowych minut - jak w abonamencie. I pomyśleć, że nie podpisywałam żadnej umowy, nie godziłam się na te warunki i w zasadzie nawet nie wiem, gdzie mogłabym to reklamować. Z telefonem zdecydowanie jest łatwiej... I tyle w temacie czarnej sukienki. Miała obrazować małą żałobę po wakacjach, poszłam jednak krok dalej. Efekt domina?


wtorek, 15 września 2015

Birthday Girl.












I oto jesteście świadkami mojego kolejnego powrotu. Pośród wielu małych i większych powodów mojej ciągnącej się przez większą część wakacji nieobecności ostatnim są moje urodziny. Tak, tak - ostatnio przyszło mi świętować dziesiątą osiemnastkę. A świętowanie to było bardzo intensywne - dwa tygodnie wspaniałych spotkań, cudownych życzeń i prezentów, które przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Przy mniej lub bardziej zastawionym stole, z kieliszkiem w ręku i uśmiechem na twarzy spędzałam kolejne fantastyczne wieczory. I wierzcie mi, że nie mogło być lepiej, milej, zabawniej... Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić (a wiem, że nie powinnam, bo dostałam więcej niż wypada, a miła niespodzianka goniła miłą niespodziankę), to do tego, że zawiodły mnie osoby, po których spodziewałam się chociaż krótkich życzeń, jakiegoś smsa. Wiem, że nic nie trwa wiecznie, stare przyjaźnie rdzewieją, czas robi swoje, ludzie się zmieniają i tak dalej... Myślałam, że funkcjonuje chociaż coś w stylu 'w imię starych czasów', ale nie. I mimo świadomości, że się rozeszło, to i tak coś gdzieś zaboli. Troszeczkę, ale jednak. Tak oto coś się kończy. No trudno. Zdarte kolano też chwilę boli. Byłabym jednak beznadziejnym przypadkiem, gdybym rozpamiętywała osobę A czy B, a nie skupiała się na wszystkim dobrym, co mnie ostatnio spotkało. A wierzcie mi, że bardzo nie chcę być beznadziejna. Tak sobie myślę, że to wszystko dlatego, żebym z tego szczęścia  nie oszalała, żeby nie było mi za różowo... Serio, gdyby nie to, to czułabym się jak w szklanej kuli wypełnionej brokatem. Ktoś nią cały czas potrząsał, a mi oczy błyszczały od tych ślicznych drobinek... Swoją drogą - mówiłam już, że kocham urodziny? Tak, tak, ten brokat też!