wtorek, 15 września 2015

Birthday Girl.












I oto jesteście świadkami mojego kolejnego powrotu. Pośród wielu małych i większych powodów mojej ciągnącej się przez większą część wakacji nieobecności ostatnim są moje urodziny. Tak, tak - ostatnio przyszło mi świętować dziesiątą osiemnastkę. A świętowanie to było bardzo intensywne - dwa tygodnie wspaniałych spotkań, cudownych życzeń i prezentów, które przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Przy mniej lub bardziej zastawionym stole, z kieliszkiem w ręku i uśmiechem na twarzy spędzałam kolejne fantastyczne wieczory. I wierzcie mi, że nie mogło być lepiej, milej, zabawniej... Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić (a wiem, że nie powinnam, bo dostałam więcej niż wypada, a miła niespodzianka goniła miłą niespodziankę), to do tego, że zawiodły mnie osoby, po których spodziewałam się chociaż krótkich życzeń, jakiegoś smsa. Wiem, że nic nie trwa wiecznie, stare przyjaźnie rdzewieją, czas robi swoje, ludzie się zmieniają i tak dalej... Myślałam, że funkcjonuje chociaż coś w stylu 'w imię starych czasów', ale nie. I mimo świadomości, że się rozeszło, to i tak coś gdzieś zaboli. Troszeczkę, ale jednak. Tak oto coś się kończy. No trudno. Zdarte kolano też chwilę boli. Byłabym jednak beznadziejnym przypadkiem, gdybym rozpamiętywała osobę A czy B, a nie skupiała się na wszystkim dobrym, co mnie ostatnio spotkało. A wierzcie mi, że bardzo nie chcę być beznadziejna. Tak sobie myślę, że to wszystko dlatego, żebym z tego szczęścia  nie oszalała, żeby nie było mi za różowo... Serio, gdyby nie to, to czułabym się jak w szklanej kuli wypełnionej brokatem. Ktoś nią cały czas potrząsał, a mi oczy błyszczały od tych ślicznych drobinek... Swoją drogą - mówiłam już, że kocham urodziny? Tak, tak, ten brokat też!


2 komentarze: