poniedziałek, 15 czerwca 2015

Biel, przyjaźń i czas.

















 Przeczytałam ostatnio tekst Krystyny Jandy o przyjaźni. Na Facebooku oczywiście. W końcu tam, a nie gdzie indziej rozgrywa się życie. Tam najczęściej dowiadujemy się, że ktoś urodził dziecko, ktoś wyszedł za mąż/ożenił się, tamten był na wakacjach, tamten na siłowni, a tamta jadła sałatkę... Od drobiazgów, po wielkie rzeczy, choćby chwilowe. Nowa fryzura, nowa miłość, nowy zwierzak, dieta, czy sposób na życie. Piwo ze znajomymi, drink w modnym ślubie, wypad nad jezioro. Internet przygarnie wszystko. Milionowe zdjęcie zrobione w lustrze także. W końcu czemu nie? To wszystko sprawia, że dowiadujemy się wielu rzeczy o drugiej osobie. Nawet jeśli połowy z tych rzeczy wcale nie chcielibyśmy wiedzieć... Tylko mam dziwne wrażenie, że to takie trochę pozorne. Niby uczestniczymy w czyimś życiu, ale tak na prawdę trudno, żeby wytworzyła się prawdziwa więź. Mam na Facebooku 400 znajomych. Wiem, że do części z nich mogę się zawsze zwrócić, mogę pogadać, pomarudzić, pośmiać się i pożartować. Część z tych osób jest mi zwyczajnie bliska. Z różnych powodów, na różne sposoby. Mimo to czuję pustkę. Od kiedy pamiętam miałam koleżanki, kolegów i znajomych. Byli najlepsi koledzy, najlepsze koleżanki, ale jakoś bałam się słowa przyjaciel. Nie przez starach przed jakimś poważniejszym związkiem, nic z tych rzeczy. Chodziło o ciężar gatunkowy. Uważam, że przyjaźń (tak jak miłość w sumie) zarezerwowana jest na związki szczególne. To wielka odpowiedzialność, ogromny kredyt zaufania. Coś na co trzeba zapracować, zasłużyć. Trochę musi wyjść samo. Potrzeba czasu... Tak, dla mnie to wielka rzecz. I boję się nazwać tak kogokolwiek. Doskonale zdaję sobie sprawę, że spora część moich relacji z innymi kuleje z mojej winy. Wiecznie nie mam czasu, więc nie piszę, nie dzwonię. Trochę nie żyję. Jakby mnie nie było. Wszystko zaszło już tak daleko, że w zasadzie czuję, że dla nikogo nie jestem wystarczająco ważna. Pani Janda przytoczyła swoją rozmowę telefoniczną, ktoś idzie na operację i w zasadzie nie ma do kogo zadzwonić. Brzmi znajomo. Jest rodzina, dla mnie to oczywiste, ale co dalej. Do kogo odezwałabym się, kiedy chodziłoby o coś naprawdę poważnego, coś ważnego. Szczerze, nie mam pojęcia. Kiedy zaniedbanie osiągnie pewien stopień, robi się trudno. Wolę myśleć, że to wszystko przeze mnie, bo tak jest łatwiej. Wolę mieć świadomość, że to ja dałam dupy. Myśl, że dla kogoś, kto mógłby być ważny, nie mam najmniejszego znaczenia, to dużo gorsze. Ta myśl dręczy mnie od dawna. Ta pustka, której nie da się zapełnić byle czym... Dlatego postanowiłam się bardziej starać. To naprawdę ważne. Trzeba się starać i pielęgnować znajomości. To trochę jak z roślinkami. Wsadzasz je i o nie dbasz, choć nie masz pojęcia, z których coś wyrośnie. Trzeba czasu. Wszędzie trzeba tego cholernego czasu, którego wiecznie mi brakuje.


5 komentarzy:

  1. Też mam problem z nazwaniem kogoś mianem "przyjaciela" :) jest to dla mnie wielkie słowo którym nie obdarzę przypadkowych ludzi, po 3 tygodniach znajomości jak niektórzy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale śliczne, klimatyczne zdjęcia <3.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne zdjęcia! i jaki prawdziwy, życiowy tekst.. super!:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widać, że lubisz bawić się modą :)

    OdpowiedzUsuń