piątek, 8 lutego 2013

Spring, please!

Przyszła pora na powrót moich ukochanych marynarskich klimatów. Co tam, że zima. Co tam, że dziś rano świat spoglądał na mnie spod białej pokrywy. To wszystko nieważne. Jak wspomniałam wczoraj - czuję w powietrzu wiosnę. Jest jakoś tak świeżo i przyjemnie! Dlatego odświeżyłam jeden z moich ulubionych motywów - marynarski misz-masz. Jak wiecie zapewne, mam absolutnego fioła na punkcie tego stylu i często przemycam tu różne jego wariacje. Bez względu na panujące trendy, czy obecna porę roku. To jeden z motywów, które dla mnie zawsze są na górze modowej piramidy. Mam obsesję na punkcie pasków. Są boskie i już. No i kolor czerwony, wiecie to taka ciekawostka w sumie... Od kiedy zmieniłam kolor włosów na ten obecny - ogromnie polubiłam kolor czerwony. Wystarczy jeden element w tym kolorze i już czuję się kompletna. Dopasowana... Jedna rzecz i jest komplecik! To ciekawe jak kolor włosów wpływa na patrzenie na świat (choćby ten zawierający się w szafie...). 











Girl Next Door.


Wczoraj było zwyczajnie, zwyczajnie jest dziś. Z tą drobną różnicą, że dziś wyszłam z domu. Daleko od niego nie odeszłam, ale wystarczyło, żeby rozkoszować się promieniami słońca. Początek lutego, a ja zwyczajnie czuję wiosnę. Cudowne! Tak, jak cudowny jest TŁUSTY CZWARTEK! (Prawie) bez wyrzutów sumienia zjadłam cztery pączki, czyli o trzy więcej niż normalnie i o kilka sztuk mniej niż bym miała ochotę... W końcu dziś można! To taki w sumie bardzo pozytywny dzień! Jedzenie jest przyjemne. Jedzenie słodkich rzeczy poprawia nastrój. Same plusy, więc chyba nie warto rezygnować z przyjemności zjedzenia pączka. Od jednego świat się nie zawali, w biodrach nie przybędzie 10 centymetrów. Przeczytałam dziś (i się pod tym podpisuję), że TŁUSTY CZWARTEK KRĘCI MNIE BARDZIEJ NIŻ WALENTYNKI. Może dlatego, że ostatnio cukier spadł mi poniżej zera i ciągle mam ochotę na słodycze. Może dlatego, że tych drugich nie obchodzę, bo nie mam z kim. Może dlatego, że jak co roku obawiam się tego, że komuś przyjdzie do głowy coś mi wyznawać... Jakoś mi te Walentynki nigdy nie wychodziły. Mimo, że są bardzo sympatyczne! Swoją drogą mogłyby wypadać w jakimś bardziej romantycznym miesiącu... Może zmienię zdanie, jeśli się zakocham w czymś innym niż but... Kto wie, ponoć nie ma takiej osoby, która by się nie zmieniła.









środa, 6 lutego 2013

Back in time, I'm teen again!



  







W domowym zaciszu, w absolutnie mało szałowym stroju (dla równowagi po wczorajszym złotym szaleństwie) rozmyślam sobie o różnych sprawach. Przy okazji słucham sobie rozważań gwiazd i gwiazdeczek na Vivie, słowem Kolejno odlicz, czyli jeden z moich ulubionych programów rozrywkowych.  Mimo, że niektóre osoby i ich wypowiedzi niezwykle mnie denerwują, reszta to rekompensuje. Dlatego oglądam namiętnie. Choć nie wiem, czy to korzystnie wpływa na moją psychikę... Dziś na przykład napawałam się widokiem absolutnie cudownego Barona (na dole mój ulubiony teledysk). I zaczęłam żałować, że akurat nie mogę go znać. Przydałaby mi się taki przystojny on. Taki jakiś zwyczajnie fajny. Akurat trafił ze swoim spojrzeniem z ekranu, kiedy ja zaczynam poszukiwania partnera na wesele. Wyobrażacie sobie lepszego? Ja nie, no dobra, może tak, ale wszyscy mieszkają gdzieś za odległymi morzami i na pewno nie mówią po polsku... I tu naszła mnie kolejna myśl - czy ja przez przypadek nie cofam się do dawnych czasów? Czy nie zachowuję się jak jakaś nawiedzona nastolatka? A w sumie to mam to w dupie. Nie jestem aż taka stara, moje obsesje są małe i niegroźne... O tej porze roku nie spotykam nikogo ciekawego, może to dlatego? Tak czy inaczej, gdyby ktoś chciał mi zrobić przyjemność, przyślijcie mi tu tego przystojniaka, chętnie podam adres, telefon, nawet kawę i ciastko... A co mi tam, czasem chyba warto.


wtorek, 5 lutego 2013

Pyszny duet!

Co jakiś czas przychodzi do mnie ochota na błysk. Tym razem stało się to za sprawą bajecznego wręcz (moim zdaniem) połączenia złota z pomarańczem. Istne cudeńko... Dlatego wyciągnęłam z szafy moje złote legginsy, których nie nosiłam od dawna. Powiecie, że dobrze robiłam, bo moje nogi pozostawiają wiele do życzenia. Przyjmę to, widocznie jestem ograniczona, skoro za pierwszym razem było mi mało. Czasem chce mi się błyszczeć i już. Wbrew temu co myślą inni, czasem nawet wbrew własnemu rozsądkowi. To trochę przez tą moją słabość do eksperymentów. Tak mi się wydaje. I myślę, że ten eksperyment jest całkiem udany. Mimo wszystko. Mimo tych moich nieszczęsnych nóg. Dla rozsmakowania się w złoto-pomarańczowym duecie - WARTO! 






poniedziałek, 4 lutego 2013

Saturday Night Fever!

Sobota. Chyba najgorętszy dzień tygodnia. Najbardziej wyczekiwany i szalony. Przyznam, że zaliczam się grona, które tak właśnie uważa. Poza latem, kiedy dni zupełnie się od siebie nie różnią, przez cały rok sobota jest moim ulubionym dniem. Mimo, że nie jest dla mnie dniem całkowicie wolnym. Pracuję normalnie, choć często krócej. Ale mam świadomość, że po wolnym popołudniu czeka mnie cała (przeważnie) cudownie wolna niedziela. To jest bardzo dobre. Każdy dzień w tygodniu jest dobry na spotkania towarzyskie, ale piątek i sobota to oczywiści faworyci. U mnie ta sobota była wyjściowa. Jako, że byłam bez fotografa pozwoliłam sobie na szybkie zdjęcia tuż przed. Dlatego przepraszam za zdjęcia w domu, za futro, za szalik i za rękawiczki. Zdjęcia były w sumie gotowe, ale zaczęłam się ubierać i stopniowo pstrykałam kolejne... Dlatego też prezentuję Wam wszystko. Co do samego wyjścia. Cóż, myślę że przeważnie jestem aspołeczna. Czasem jestem aspołeczna do obrzydliwości... Ale w sobotę przypadł dzień aktywności towarzyskiej. Dobrze, że akurat miałam pod ręką ludzi... I w sumie dobrze, że ta aktywność nie trafia się zbyt często. Nie wiem dokąd by mnie ona zaprowadziła... Za dużo mówię, zdecydowanie za dużo. Gdybym zbyt często mówiła zbyt dużo... Strach pomyśleć jakby to mogło się skończyć. Cudowna aspołeczność, ograniczenia i hamulce. CUDOWNE!










piątek, 1 lutego 2013

Luty, witaj mój drogi!

Za dużo myślę, za mało robię. W każdej dziedzinie. I to przerażające. Z tego powodu ogarnęło mnie małe zniechęcenie. Które trwało zbyt długo. Potrzebowałam kopa, albo innego równie silnego bodźca. Do działania, do pracy, do wszystkiego. Malowanie paznokci nie pomogło. Mimo, że były długie i kolorowe nie dodawały mi mocy. Teraz są krótkie i bez koloru. I mam moc!  Siedzenie i jęczenie doprowadziło mnie do momentu, w którym postanowiłam coś z sobą zrobić, wyrzucić się przez okno, ubrać coś ekstremalnego, zabrać się za siebie! Jako, że moje okna nie są zbyt wysoko nad ziemią, rzucanie się z niego byłoby głupotą. Tym bardziej, że mam pod nim trawnik. Posiniaczyłabym się tylko i byłabym jeszcze bardziej ujęczana. Jeszcze bym się mogła w głowę uderzyć i co wtedy? Wole sobie tego nie wyobrażać, Wam też nie polecam... Dlatego wybrałam opcję trzecią. Mam 25 lat i myślę, że to co najmniej dobry moment, żeby wkroczyć na drogę, którą zawsze chciałam iść. Powiem Wam, że kiedyś, bardzo dawno temu wybrałam sobie rzecz, którą chciałabym robić w przyszłości. Myślę, że ta przyszłość okazała się odleglejszą, niż to sobie wtedy wyobrażałam, ale nadeszła. Pa przyszłość odnalazła mnie dziś. Dziś właśnie drugi raz w moim życiu nadszedł ten moment, w którym musiałam sobie zadać to niezwykle ważne pytanie - co chcę robić w życiu (parafrazując klasyka...). Odpowiedź jest dokładnie taka sama jak wtedy. Tyle, że wtedy było czymś odległym. Wiedziałam, że przede mną długa droga. Teraz jestem (w końcu!) tu, gdzie chciałam być. I chyba pierwszy raz od bardzo długiego czasu jestem szczęśliwa, mam konkretny cel i plan. Mając tu chwilę Waszej uwagi proszę, żebyście trzymali kciuki.