poniedziałek, 4 lutego 2013

Saturday Night Fever!

Sobota. Chyba najgorętszy dzień tygodnia. Najbardziej wyczekiwany i szalony. Przyznam, że zaliczam się grona, które tak właśnie uważa. Poza latem, kiedy dni zupełnie się od siebie nie różnią, przez cały rok sobota jest moim ulubionym dniem. Mimo, że nie jest dla mnie dniem całkowicie wolnym. Pracuję normalnie, choć często krócej. Ale mam świadomość, że po wolnym popołudniu czeka mnie cała (przeważnie) cudownie wolna niedziela. To jest bardzo dobre. Każdy dzień w tygodniu jest dobry na spotkania towarzyskie, ale piątek i sobota to oczywiści faworyci. U mnie ta sobota była wyjściowa. Jako, że byłam bez fotografa pozwoliłam sobie na szybkie zdjęcia tuż przed. Dlatego przepraszam za zdjęcia w domu, za futro, za szalik i za rękawiczki. Zdjęcia były w sumie gotowe, ale zaczęłam się ubierać i stopniowo pstrykałam kolejne... Dlatego też prezentuję Wam wszystko. Co do samego wyjścia. Cóż, myślę że przeważnie jestem aspołeczna. Czasem jestem aspołeczna do obrzydliwości... Ale w sobotę przypadł dzień aktywności towarzyskiej. Dobrze, że akurat miałam pod ręką ludzi... I w sumie dobrze, że ta aktywność nie trafia się zbyt często. Nie wiem dokąd by mnie ona zaprowadziła... Za dużo mówię, zdecydowanie za dużo. Gdybym zbyt często mówiła zbyt dużo... Strach pomyśleć jakby to mogło się skończyć. Cudowna aspołeczność, ograniczenia i hamulce. CUDOWNE!










5 komentarzy: