wtorek, 16 października 2012

Od dłoni po stopy.

Na wszystko przychodzi czas. Teraz przyszła pora na rękawiczki. Wiecie lub nie (niektóre spostrzegawcze anonimy wiedzą), że kilka lat temu odmroziłam sobie ręce. Skutki odczuwam do dziś. Niestety również widzę. Teraz jest już dużo lepiej, ale jak wynika ze starszych komentarzy ręce mam okropne (pozwoliłam sobie na złagodzenie). W sumie nie mogę się nie zgodzić. Kiedy tylko poczują chłód robią się mało efektowne. Cóż, nie obetnę ich sobie. Dlatego też oficjalnie rozpoczynam sezon rękawiczkowy. Dla mnie zdrowotnie, dla wrażliwszych - estetycznie. Prawdopodobnie większość nie doczyta, czemu moje ręce wyglądają tak a nie inaczej, ale Wy będziecie doinformowani, a co! Od dłoni przejdę teraz zgrabnie do stóp, bo ileż można rozwodzić się nad zwykłym odmrożeniem. Na stopach mam dziś cudeńka, które możecie znać z mojej strony na facebooku ( przy okazji zapraszam do polubienia!). Jakiś czas temu znalazły się na mojej liście must have. Oszalałam na ich punkcie i oczywiście musiałam jej mieć. I istotnie musiałam, bo są piękne, wygodne i moje! Nie wiem za co lubię je najbardziej, za ten fenomenalny fason, za panterkę, obcas, wygodę, czy ogólne wrażenie. Jedno jest pewne - to był dobry zakup. Powiecie, że tylko oszołomu chodzą w takich butach po piaskach i łąkach? Może coś w tym jest. Ale ja testuję możliwości moich butów w ekstremalnych warunkach. Zawsze.
 


 sweter - vintage
spodnie - Miss Selfridge
buty - Deichmann
czapka - Kapp Ahl
futrzak - Oasis
torba - Mario Valentino






poniedziałek, 15 października 2012

Halo, panie Bond!

Dziś może zaskoczę czytającą część z Was. Czytającą mnie. Nie będę pisać o butach, ciuchach, własnej szafie i czubku swojego nosa. Przynajmniej to wszystko nie będzie grało pierwszych skrzypiec. Chcę podzielić się z Wami kilkoma przemyśleniami dotyczącymi między innymi Bonda, Jamesa Bonda! Jeśli powiecie, że to nijak ma się do bloga poświęconego jakieś tam modzie, polecam obejrzeć jeden z filmów. To istna rewia mody... Przed chwilą oglądałam ostatniego z Bondów na dvd, jestem gotowa na Skyfalla. Mogę spokojnie czekać na premierę i wybrać się do kina. Tym oto sposobem dowiedzieliście się, jak spędziłam 22 wieczory w ostatnim czasie. Serię oglądałam drugi raz i na tym niewątpliwie nie poprzestanę. Nie będę wdawać się w szczegóły dlaczego, po co i jak. Zostałam fanką i już. Jako baba znalazłam w filmach naprawdę sporo dla siebie. Mimo, że wybuchy mnie nie kręcą, filmy oglądam z przyjemnością. Szczególnie te najstarsze z cudnym Bondem. Najnowszy do mnie nie przemawia pod wieloma względami. Resztę lubię. Co do samej postaci Bonda - myślę, że jest jednym z bohaterów, którzy spaczyli mój mózg. I nie chodzi mi o poglądy, czy podejście do życia. Zmienił moje podejście do facetów. Kino ogólnie to zrobiło. Fakt, że nie jestem pięknością, nigdy nie byłam i nie będę, ale moje oczekiwania są gigantyczne. Patrzę na takich męskich, dowcipnych, szarmanckich i myślę sobie na jakim ja żyję świecie?! (dodam, że w tym i każdym następnym zdaniu omijam pana najnowszego) Dlaczego na mojej drodze nie stanie choćby namiastka. Jeśli już poznam kogoś, kto jest naprawdę przystojny, to ma inne braki, często zbyt wielkie i sama uroda nie jest w stanie ich zatuszować. Jest też gigantyczna grupa fantastycznych, zajętych. Aż szkoda pisać... Sporej części brakuje czegoś. To coś jest malutkie i trudne do określenia, ale bardzo odbija się na moim spostrzeganiu. Przykre. Ale nie umiem się w takich wypadkach przemóc. Chyba zwyczajnie nie jestem zdesperowana. Albo jestem wariatką. Obudzę się z ręką w nocniku, jako czterdziestka czekająca na Księcia z Bajki. Wolę pierwszą opcję. I na razie utrzymuję, że to ta właściwa. Może naprawdę wymagam zbyt wiele. Może jestem wyjątkowo naiwna i przesiąknięta ideałami rodem ze starego filmu. Ale czy to tak wiele, podejść przedstawić się i sprawić, że świat zawiruje? Patrząc realnie to bardzo wiele. Ludziom chyba już brak finezji. Dlatego nowy Bond też mi się nie podoba. Pomijając fakt, że dla mnie nawet nie stał koło przystojnego, a jak stał to znikł w jego blasku. I nie ma już tych wszystkich cech, za które Bonda uwielbiam. W Casino Royal wali teksty rodem z kiepskiej komedii romantycznej, pierdzieli o skorupach... Nawet muzyka w tle... Ech! Zdecydowanie jestem zwolenniczką zasady minimum słów, maksimum gestów. Jedno spojrzenie i wiadomo o co chodzi. Chyba jednak mogę zacząć się obawiać o swoją przyszłość. Co jeśli Książę naprawdę się nie pojawi? Nie przyjdzie, nie pocałuje i nie wywiezie Astonem na koniec świata? Panie Bond, ja tu czekam! Tylko proszę, pasuj mi wzrostem do butów...


sweter - vintage 
spodnie - Roberto Cavalli
buty - Sequin
okulary - Diverse
pierścionek - 25-urodzinowy prezent <3





niedziela, 14 października 2012

Just kidding.

Co jakiś czas przychodzi taki moment, w którym uświadamiam sobie, że większość ludzi mnie nie rozumie. Nie rozumie mojego poczucia humoru, mojego sposobu bycia, nawet tego, jak się ubieram. A to wszystko najczęściej jest zabawą. Często żartem. Przerażająco rzadko jestem poważna, biorąc po uwagę mój poważny wiek. Czasem muszę, ale staram się to ograniczać. Bo ludzie poważni często są smutni. A ja, jako typ ciut depresyjny, wolę tego unikać. Dlatego żartuję. Śmiertelnie poważnie sprzedaję żarty, w które moi rozmówcy wierzą. I nie zawsze zostają oświeceni. Różnie bywa. Tak samo z ciuchami. Ludzie odbierają je bardzo poważnie. Sztywno trzymają się jakiś zasad, przyjętych przez siebie norm. Widzę to na ulicy i tutaj, w komentarzach. Ja lubię się bawić. Może cała jestem żartem, macie prawo tak myśleć. Jednak lubię eksperymenty i zabawę z ubieraniem. Zależnie od nastroju. Kiedyś burzę wywołały moje 'amerykańskie' buty połączone z ciut dziwnymi spodniami i zwykłą bluzą w granatowe paski. Że śmiesznie, głupio, dziwnie, że połączenie stylów, że nikt się tak nie ubiera. A mnie to osobiście bawi. Bo gdybym miała ubrać się tak samo jeszcze raz, nie miałabym oporów. To taka gra, raz wyglądam ładnie, raz nie. Raz spodobam się sobie, raz Wam, czasem komuś przystojnemu i zwyczajnie fajnemu, czasem komuś, komu bym nie chciała. I nie wiem czy można mnie oceniać po tym, jak się ubieram. Jakąś część mnie, mój nastrój, to tak. Ale całości raczej nie. Więc nie bądźcie tacy straszliwie poważni. To nie ma sensu.


 



 kurtka - Gap
koszulka - Ralph Laurent
spodnie - Gap
buty - Sequin

środa, 10 października 2012

Nie z tego świata.

 
Są dni,takie jak dziś, kiedy czuję, że nie pasuję. I nie musi być zimno, nie musi padać. Zamykam się w moim małym świecie i zdaje mi się, że ten rzeczywisty nie jest dla mnie. I wcale nic szczególnego nie musi się wydarzyć. Kiedy obserwuję ludzi, słucham lub czytam, co mają do powiedzenia. Kiedy czytam coś w internecie, czy oglądam jakieś zdjęcia. Czasem zwyczajnie nie odpowiada mi miejsce, czy czas. Możliwe, że to za sprawą jakiejś choroby psychicznej, której nie będę pewna jeszcze długi czas, bo nie chodzę do lekarza, a nie mam zupełnie czasu na szukanie porad u Pana Google. I dziś jest właśnie dzień, wieczór na nie. I w takich chwilach nie powinnam pisać. Ale wyjątkowo mi się dziś chciało. Znalazłam zdjęcia, które lubię, które wcześniej nie miały okazji się tu znaleźć. Dlatego się zdecydowałam. Nie po to żeby sobie pomarudzić. To taki mój osobisty paradoks. Z jednej strony jestem aspołeczna. Totalnie, obrzydliwie i bez wątpienia. Z drugiej jednak strony uwielbiam mojego bloga. Czasem niezwykle ciężko połączyć te dwie rzeczy... Jeśli dorzuci się do tego lekkie problemy z czasem, powstaje mała bomba. Ale tyka.



 sukienka - Esprit
okulary - Cropp
torba i buty - Allegro




Taka byłam z siebie zadowolona w tej sukience! I w tych butach też lubię chodzić. Bardzo. A tu deszcz i po uroku. Zmokły kurczak na deser...


 Może się pogrążę, ale cóż. Ostatnio nasłuchałam się historii o życiu pozaziemskim. Tak to wszystko sensownie nawet brzmiało. I przypomniał mi się horror Rodrigueza Oni. Tam kosmici byli bardzo wodolubni. Jeden z bohaterów stał sobie szczęśliwy pod zraszaczem i to zdjęcie skojarzyło mi się z tamtą sceną. Tory moich myśli pozostaną niezrozumiałe.

Szafa, wiele szaf i ta jedyna.

 
Pozostanę jeszcze przez kilka chwil w temacie porządków, szaf i ubrań. Oczywiście za sprawą moich niekończących się porządków. Tak jak weszłam do szafy, tak w niej trwam. Przy okazji dziwiąc się, ile mam rzeczy. Ilu rzeczy nie miałam na sobie od niepamiętnych czasów. Ile lubię, uwielbiam, noszę, nie noszę. Ilekroć wchodzę w przestań zwaną szafą, uświadamiam sobie, że ona żyje własnym życiem. I rozrasta się niczym Czerwona Róża. Tyle, że bez dziwnych drzwi i labiryntów. Niby tylko wąski kawałek podłogi, trzy szafy, regał, kilka półek i wieszaków - powierzchnia więcej niż ograniczona, a tyle możliwości. Gdybym miała cały pokój, prawdopodobnie byłaby mi tak samo ciasno. A z drugiej strony mieściłoby mi się tyle samo rzeczy. Półki też by się rozrastały. Specyficzne właściwości szafy. Kora śpiewała kiedyś o szafie. Starej szafie, w której można by żyć w czasie wojny. I o wielu szafach u znajomych, które można by zwiedzać przez wiele lat. Zawsze bardzo mi się podobała ta piosenka. Tak samo, jak bardzo fascynują mnie szafy. Gdybym mogła, chętnie pozwiedzałabym jakieś. To takie fascynujące. Szczególnie te stare, zapomniane, gdzieś na strychach, pamiętające dawne czasy, inny świat. Cudowna sprawa. Może właśnie z braku tej możliwości, dlatego, że nie mam pod ręką żadnej szafy, którą mogłabym przeczesać, nawet babcinej, tak jak to prawie każdy by mógł, tak bardzo lubię przebywać we własnej... Mam w niej mój ulubiony kapelusz, który znów możecie oglądać. I żakiet od Castelbajaca, mojego ukochanego. Tak, szafa to dobra rzecz.
 





kapelusz - H&M
torba - House
żakiet - Castelbajac
buty - Wild Diva/Allegro 
bluzka - vintage
spodnie - Carling

poniedziałek, 8 października 2012

Fuksjowe usta.


Nie lubisz ewidentnych ust,
więc nakładam ostry róż.

Zawsze, kiedy sięgam po szminkę, która jest mocno różowo słyszę gdzieś z tyłu głowy piosenkę Przemyk. Piosenkę, którą lubię. Tak jak chyba wszystkie jej piosenki... Zaczęło się od starej dobrej 'Kochanej'. Resztą zaraziła mnie koleżanka. Bardzo dawno temu, ale zostało mi do dziś. 
Pozwolicie, że skoncentruję się jednak na ewidentnych ustach. Czemu dziś, skoro maluję mocno usta obsesyjnie, namiętnie i prawie zawsze? Z takiego oto powodu, że dziś jest mój szczęśliwy dzień...
Zabrałam się za generalne porządki w szafie. Wszystko za sprawą regału na buty, który w końcu udało mi się znaleźć, kupić, zmieścić w szafie i zapełnić. Jako, że zyskałam trochę wolnej przestrzeni, zabrałam się za zmianę ułożenia. W ten oto sposób każda rzecz, która mieszka w mojej szafie przechodzi mi przez ręce. Torebki również. A tam na przykład klucze od domu, które zaginęły mi w magiczny sposób jeszcze w lecie. Znalazła się również moja najukochańsza szminka w kolorze fuksji właśnie. Szminka, która zaginęła bez śladu tak dawno temu, że zdążyłabym w tym czasie zajść w ciążę i urodzić. Szukałam jej wszędzie, tak mi się przynajmniej zdawało. Ironia losu jest taka, że znalazłam ją w jednej z ulubionych torebek. Oczywiście torebkę używałam w ty czasie nie raz. Tyle, że wepchnęłam ją do malutkiej kieszonki, której nigdy nie używam... Sądzę, że nie potraficie sobie wyobrazić mojej ogromnej radości. W końcu to niezdrowe tak ekscytować się głupim mazidłem do twarzy! Na urodziny dostałam fuksję numer dwa, bardzo podobną. Też pięknie matową (zdecydowanie wolę mat na ustach!), idealną. Okazało się jednak, że różnią się trochę. I teraz jestem szczęśliwą posiadaczką dwóch fuksjowych szminek. Czyli mogę się malować nawet do sprzątania, a co! I niech mi ktoś powie, że poniedziałki są do dupy!




 sweter - Massimo Dutti
spodnie - Land's End
buty - Truffle/Sequin
płaszcz - Denim Co.

niedziela, 7 października 2012

When the sun goes down.

 
Kiedy kończy się dzień zaczynam się zastanawiać. Nie wiem czemu, ale zawsze mam więcej pomysłów i planów, kiedy zachodzi słońce. Im później, tym więcej chcę. To nie jest zbyt mądre, ale tak niestety działa mój mózg. Po zmroku robię się twórcza. Chyba, że akurat jestem śpiąca, bo tak też bywa. Zastanawiam skąd się to bierze... Rano wstaję z gotowym planem działania. Dokładnie wiem, co muszę po kolei zrobić i z czego powinnam zrezygnować. Inna sprawa co z tego wynika. Ale to wieczorem, szczególnie przed zaśnięciem, przez głowę przelatują mi tysiące myśli. Teraz pewnie Wy zastanawiacie się, czemu piszę takie dziwne rzeczy. Nie wiem, sama się sobie dziwię. Ale stwierdziłam, że powinniśmy się bliżej poznać. Od półtora roku wciskam Wam swoje zdjęcia, publikuję strzępki myśli i zupełnie nie wiem co z tego wynika. Powstaje jakaś papka, a ja nie mam czasu przeanalizować jej składu. Nie wyobrażacie sobie nawet jak często siadałam do bloga, pisałam, pisałam, pisałam, wszystko kasowałam i wyłączałam komputer. Czasem publikowałam same zdjęcia, żeby nie tworzyć zbyt wielkiej pustki. Dlatego nie będę więcej kasowała. Z tych chaotycznych myśli za jakiś czas skrystalizuje się Wam mój obraz. Moje nastroje, zainteresowania (bo mimo, że kocham buty, to nie są moją jedyną pasją). Poopowiadam Wam o tym, co lubię, czego nie znoszę. To jedna z tych wieczornych myśli. Zostawię Was z nią. Żebyście się oswoili. 


 sweter - River Island
spodnie - Cavalli
bluzka - Cherokee
buty - Allegro
chusta - Coast


sobota, 6 października 2012

Trochę historii.

 
Czas leci z piekielną prędkością i  wiecznie mi go brakuje, co możecie zaobserwować tutaj. Niestety. Ostatnio pisałam o tym, że minęło już półtora roku mojej blogowej zabawy. Ale pewnie nie wiecie (przynajmniej większość z Was) , że to moje drugie podejście do bloga. Pierwszy zaczęłam pisać w liceum. Gdzieś na przełomie 2003-2004. Do matury było bez zdjęć. Pisałam. Wylewałam z siebie potoki słów. Miałam tyle do wyrzucenia z siebie. To była taka moja odskocznia. Zawsze miałam fioła na punkcie pamiętników. Własnych. W liceum pisałam dwa pamiętniki - jeden w szkole, drugi w domu. Setki stron zapełnionych słowami i rysunkami. Po maturze blog zmienił charakter. Ale szybko umarł. I teraz żałuję. W 2006  postanowiłam wzbogacić go o zdjęcia. Nie zaskoczę Was chyba, jak powiem, że to były zdjęcia tego, w co byłam ubrana. Wtedy było to jedno zdjęcie jednego stroju. I wrzucałam je do albumu. Przy okazji dalej coś pisałam, ale to nie trwało długo. Nie pamiętam, kiedy dokładnie przestałam, wydaje mi się, że pod koniec roku, może ciut później, ale w maju 2007 już było po wszystkim. Wiecie czemu to rzuciłam? Bo zalała mnie fala komentarzy, że wrzucanie zdjęć swoich ciuchów, to chyba najbardziej obciachowa rzecz na świecie. A może tych komentarzy było tylko kilka? Nie wiem, ale wtedy byłam naprawdę słaba psychicznie, więc nie potrzebowałam wiele. Na początek usunęłam ten album, potem przestałam pisać. Straciłam serce, bo to te zdjęcia zaczęły trzymać mnie przy blogu numer jeden... Tak zaczęła się moja obsesja. Fotografowałam namiętnie to, co na siebie wkładałam, tyle że nic z tym nie robiłam. Jakieś zdjęcia wrzucałam na Naszą Klasę, potem na Facebooka. Z założeniem tego bloga nosiłam się naprawdę długo. Chodził za mną praktycznie od momentu rzucenia tamtego. Może jestem z natury trochę ekshibicjonistką. Nie wiem. Żałuję, że tak długo się zbierałam w sobie, ale cieszę się, że się w końcu zebrałam.


Sukienka - Pracownia Maszynoszycie
Sweter - Vila
kapelusz - H&M
buty - Allegro







Co do czasu jeszcze - znowu przyszła jesień. teraz naprawdę. Wsadziła mnie w swetry i inne ciepłe rzeczy. Kazała mi pochować sandały. Stąd ten rozkwit. Na przekór tego, że wszystko umiera. Mój ogród zasypały liście, kwiaty przekwitły, zostały ostatnie, najwytrwalsze. Dlatego podoba mi się to, że kwiaty z mody nie wychodzą. Nie chowają się na zimę na dno szafy. Kiedy robi się szaro i zimno są cudne.

środa, 3 października 2012

Półtora roku.

 
Kochani! Owy blog ostatnio miał półtora roku. Czasem myślę, że to zleciało tak szybko, częściej jednak dziwię się, że to dopiero tyle. Ale statystyk nie oszukam. To półtora roku, nie więcej, ani nie mniej. 94 obserwatorów, 394 posty, 1917 komentarzy, 109 fanów na facebooku. Bez szczególnych sukcesów, bez fajerwerków. Tak cicho i spokojnie. Czasami lepiej, czasami gorzej. Żeby nie przeciągać, bo za pół roku przecież znowu będę podsumowywać (i wtedy zrobię to porządnie), napiszę tylko, że jest mi szalenie miło, że liczba osób, które wchodzą, oglądają, czytają, komentują jest rosnąca. Cieszę się, że mnie odwiedzacie, że piszecie co się Wam podoba, co mniej. Na tą chwilę dziękuję!







sweter - Papaya
spodnie - Moschino
buty - Truffle/Sequin
okulary - Diverse