niedziela, 9 marca 2014

Chałupy.


Kończąc ten wspaniały weekend pod hasłem Dzień Kobiet, zapraszam Was na zachód słońca w moich absolutnie ukochanych Chałupach. Są miejsca, gdzie zawsze jest świetnie. Bez względu na porę roku. Klimat tworzą ludzie, widoki dodają smaku. Krótkie wycieczki będące ekspresowymi wakacjami. Jedne z moich ulubionych chwil. Zdecydowanie. 









piątek, 7 marca 2014

Wstęp do Dnia Kobiet.


Dzień kobiet, to kolejny z moich ulubionych dni w roku. Uwielbiam wszystkie dni, które są specjalne, mają jakąś tradycję, zwyczajnie są ważne (choćby tylko dla mnie). Zaliczam się do grona osób lubiących świętować. Wszystko. Miłe spotkania, okrągłe rocznice, dni pozaznaczane w kalendarzu… Wszystko co jest miłe i przyjemne. Z zasady, dla zasady.
Sam w sobie Dzień Kobiet to dla mnie nie tylko kwiatki i czekoladki. Choć nie ukrywam, że to również lubię szalenie (szczególnie te kwiatki!). Ten dzień to taki hołd dla kobiet. Nasz dzień. Wymagamy od panów wyrazów pamięci, oczekujemy kwiatów. A co dajemy od siebie? Czy jesteśmy wystarczająco kobiece, żeby w pełni świętować ten dzień? Czy ta kobiecość to coś zwykłego, rzecz niegodna uwagi… Zdaje się, że zbyt często popełniamy grzech zaniechania. Zdaje się nam, że mamy biust i to już z góry stawia nas na wyższej pozycji. Ot, takie cudy świata. Nie tędy droga. W świecie, którym rządzi wygoda, należy czasem postawić na coś innego. Porzucić spodnie na rzecz sukienki, pomalować usta szminką, zamiast kurtki ubrać płaszcz, zamiast adidasów wskoczyć w choćby baletki. 
Jeśli o mnie chodzi - jeden dzień na zaznaczenie swojej kobiecości to nieporozumienie, choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu pań to szczyt, który jest prawie nie do zdobycia. Albo i do zdobycia, ale w mękach i bólach piekielnych. Tak czy inaczej jutro wypadałoby być bardziej kobiecą niż unisex. Taki dzień. Przy tej okazji zawsze zastanawiam się nad sobą. Czy daję z siebie wystarczająco dużo? Myślę, że zbyt często idę na łatwiznę. Usprawiedliwiam się, ale tak właściwie przed kim? To przecież głupota. Nie mam tu na myśli absolutnie noszenia spodni, czy czegoś w tym stylu. W końcu równowaga jest niezbędna. Chodzi mi bardziej o niechlujstwo. O rozczochrane włosy, strój pozostawiający wiele do życzenia. O efekt daleki od artystycznego nieładu. O własną wersję, której szczerze nie znoszę. O siebie, jaką nie chcę być. Taka łatwizna, która już po chwili doprowadza mnie do szału. I tego właśnie chciałabym się wyzbyć. Tego życzyłabym sobie z tej okazji. Nad tym będę od dziś pracować. W ramach prezentu dla samej siebie. A Wy? Co robicie dla siebie z tej okazji?













środa, 5 marca 2014

Niedoczas.


To teraz to zdaje się przedwiośnie jest…Dla wielu osób to okres absolutnej fascynacji wszystkim co wiosenne. Co za tym idzie - wszystko zimowe staje się be. Wszystko, co kilka miesięcy temu wzbudzało zachwyt, nagle staje się okropne, nudne i złe. Gruba kurtka staje się koszmarem, a swetry nagle zaczynają gryźć. Ja (ku swej wielkiej radości) jestem przedstawicielem innej grupy. Staram się czerpać przyjemność z każdego okresu. Ilość i grubość warstw określa mi temperatura, nie pora roku, czy data wydania magazynu z wiosennymi trendami. Może dlatego, że ich jakoś szczególnie nie gonię. Może dlatego, że nie wymieniam garderoby co sezon. A może po prostu dlatego, że zawsze jestem krok od miejsca, w którym chcę lub powinnam być.  Dla mnie ten okres to ostatni dzwonek na donoszenie kozaków, futer i ciepłych kurtek. Ostatnia chwila, żeby nadrobić wszelkie zimowe zaległości. Niechętnie mówię to głośno, ale zaległości to niestety taka moja mała specjalność. Królowa robienia wszystkiego na ostatnią minutę. Mimo pedantycznego usposobienia zodiakalnej panny. Wiecznie gonię. Może przez to, że lubię spać? Tak czy inaczej mam wieczny niedoczas. I pewnie dlatego lubię ten okres. Daje mi ostatnią szansę…  
Wracając do samych zaległości - to ostatnia chwila, żeby podzielić się z Wami jedną z moich ulubionych kurtek (która, o ironio, raz jeden tylko załapała się na zdjęcia!). 












niedziela, 2 marca 2014

Super Bat(wo)man!

 

Gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień, pewnie byłabym supermanem, tyle o kobietach wiem… 
A nie, przepraszam, to nie ta bajka! Dziś jest przecież rzecz o nietoperzach! Tych najprawdziwszych, od samego Batmana! Tak, tak, podekscytowanie sięga zenitu, bo bardzo lubię takie klimaty… Lubię się poczuć superbohaterem. A jak wiadomo, to się tak z niczego nie bierze. Chyba stąd ta sukienka. Ha! Żartowałam, wcale nie. Sukienka to kwestia przypadku. Upolowałam sobie jakiś czas temu taki oto materiał i to wszystko przez to… 
Lubię takie ubrania-przebrania. Niby zwykła kieca, ale jednak coś więcej. Ma w końcu moc samego Batmana! Są rzeczy, które wpływają na postawę, na myślenie, na całokształt… W szarym swetrze mogę sobie być taką zwykłą Dominiką, w Batmanie - niekoniecznie. W Batmanie chce mi się błyszczeć. Chce mi się być najbardziej SUPER na świecie. Muszę być super! Taki sobie ciuszek ze specjalnymi właściwościami…
Czemu Batman? Przypadek. Jeśli mam jakiegoś ulubionego superbohatera, to on raczej nigdy nim nie był. Tyle, że ulubionego raczej nie mam. Nigdy nie siedziałam w świecie komiksów. Wszystkich chyba nawet nie znam. Ani komiksów, ani bohaterów. To taka odrobina szaleństwa. Odskocznia. Zwyczajna chęć bycia super. Tylko tyle i aż tyle. 
Czy bez tej kiecki byłabym mniej super? To nie jest powiedziane, ale na pewno byłoby to mniej spektakularne. Przecież nikt by nie wiedział, że jestem superbohaterką (ha! zabawna sprawa, edytor zna superbohaterów, a superbohaterkę mi podkreśla!), gdybym miała na sobie jeansy i sweter (nawet jeśli nie byłby on szary…).
















sobota, 1 marca 2014

TRZY LATA!

To wydaje się nieprawdopodobne, ale jestem tu z Wami już trzy lata. Czasem jednak myślę, że jestem tu od zawsze, bo prawda jest taka, że ten blog powstał dużo wcześniej niż te trzy lata tamu. Wtedy napisałam pierwsze zdania, opublikowałam pierwsze zdjęcia i zastanawiałam się co dalej, ale myśl o nim zakiełkowała dużo wcześniej. Dziś cieszę się ogromnie, że tej myśli nie porzuciłam. Cieszę się, że ulegam impulsom, pozwalam rozwijać się luźnym myślom. To przez to stoję w tym, a nie innym miejscu. I jestem szczęśliwa. Mimo, że nie wszystko idzie zgodnie z planem, nie wszystko jest idealne. Prawdę mówiąc nic nie jest idealne… Ale wierzę, że kiedyś będzie. Dążę do tego, ale przyznaję, że czasem idzie mi opornie. Możliwe, że zbyt często odpuszczam, często za mało się staram. Ale potem gonię, nadrabiam i walczę. Trochę sama ze sobą, trochę ze światem, trochę z własnymi zdjęciami. Różnie bywa. Mimo wszystko myślę, że jest coraz lepiej. Co najważniejsze, czuję że jestem na odpowiedniej drodze. Wiem, że powinnam być dokładnie tu i teraz (choć czasem chciałabym czegoś innego). Robię to, co sprawia mi przyjemność, to luksus, a jak wiadomo, za to trzeba płacić. I to się odbija na różnych sprawach, czasem na drobnych, czasem na tych większych. Nieważne, tak wybrałam i tak jest. I tylko ode mnie zależy, w którą to wszystko pójdzie stronę. W którą stronę ja pójdę. Dużo pracy, dobry plan, chęć, zapał i satysfakcja. 
Trzecie urodziny bloga to okazja, żeby trochę podsumować, trochę podziękować, za coś przeprosić, coś obiecać. Cofnęłam się na chwilę do drugich urodzin i wiecie co odkryłam? Tamten tekst miałby rację bytu również dzisiaj. Mimo to daruję sobie podsumowania wyświetleń, obserwatorów, fanów itp, bo w zasadzie nie mam się czym chwalić. Fakt, że tendencje są wzrostowe (może pomijając negatywne komentarze, ale tłumaczę to sobie faktem, że po prostu jestem nudna), co mnie bardzo cieszy, ale mimo to nie ma fajerwerków. Jak będą, to się podzielę, bądźcie pewni! Swoją drogą wyświetlenia nie są dla mnie najważniejsze. Cieszę się, że są, bo inaczej byłabym tu sama jak palec jakiś, ale przestały mieć dla mnie jakieś szczególne znaczenie. Nie jaram się, że dziennie wpada do mnie tyle, czy tyle ludzi. Zależy mi na tym, żeby było choć kilka osób dziennie, które się zainspirują, które znajdą tu coś dla siebie, którym się spodoba i zostaną dłużej. Tylko tyle. W dobie, kiedy bloga, ma prawie każdy, sukcesem jest trafić choć do garstki stałych odbiorców. Sukcesem jest nie zgubić się w tym całym gąszczu. Liczba fanów na facebooku jest nic nie warta, jeśli nie ma kontaktu, jeśli nie ma żadnych reakcji na kolejne publikowane posty, czy zdjęcia. Jeśli z tysiąca osób reaguje pięć, to tylko one się liczą. I należy się cieszyć z tego, że są. Bo to naprawdę dużo. To samo tyczy się obserwatorów. Co z tego, ze ma się ich masę, jeśli oni wcale nie zaglądają. Liczby to nie wszystko. Może i liczą się jeśli chodzi o jakieś współprace, ale to z kolei średnio liczy się dla mnie. Dla mnie najważniejsza jest świadomość, że mogę się komuś podobać, kogoś inspirować i sprawić, że ktoś będzie tu na mnie zawsze czekał, ciekawy nowych propozycji. A mam nadzieję, że tak właśnie jest. I to dla Was zamierzam się bardziej starać. Lepiej zorganizować swój czas, żeby nie robić nic na odpierdziel, żeby nie wrzucać tu byle czego, żeby byle czego nie rzucać na tyłek. Żeby kolejne posty były spójne i pełnowartościowe. Bez namiastek. Słowem, żeby było tylko lepiej. Wczoraj zaprosiłam Was na długą wycieczkę po zeszłym roku. Przygotowując ten post byłam pozytywnie zaskoczona, bo spodziewałam się czegoś gorszego. Tak, pozytywnie się zaskoczyłam. I wiecie co? Mam zamiar w tym trwać. Mam zamiar Was i siebie pozytywnie zaskakiwać za każdym razem. Wysoko podniesiona poprzeczka? I oto chodzi. Bo nie chce się czołgać. Chce skakać. Wysoko skakać! 
Nie będę się już bardziej rozdrabniać. Literek wystukałam i tak więcej, niż planowałam. Jest plan, rok za nami, rok przed nami. Oby nie jeden. 
DZIĘKUJĘ, ŻE JESTEŚCIE! BARDZO.

Kończąc te wywody, wrzucam pierwszy i ostatni zestaw trzeciego roku. 
(panterki to przypadek, serio!)
Od jutra już tylko czwarty!