To był początek września. Zdecydowanie jeden z moich ulubionych dni tego roku. Śmiało mogę powiedzieć, że to w zasadzie jest jeden z moich ulubionych dni każdego roku - moje urodziny. Tym razem ładne, takie trochę okrągłe. Miały być huczne. Miała być wielka impreza! W ogrodzie miało lać się wino, miała być muzyka, pyszne jedzenie i morze światełek. Miało być pięknie, wesoło i szalenie przyjemnie. Chciałam, żeby było tak, jak zazwyczaj, ale lepiej. Przez całe lato wyobrażałam sobie to wspaniałe przyjęcie urodzinowe!
czwartek, 8 grudnia 2022
piątek, 18 listopada 2022
Zdjęcia z wakacji.
Moje pierwsze skojarzenie ze szczęściem, to wolny słoneczny dzień spędzony na plaży. Bez patrzenia na zegarek, bez jakiegokolwiek muszę czy powinnam. Letni dzień, słońce muskające skórę, ciepła morska woda. Plażowy zestaw, którego nie powstydziłaby się dziesięcioletnia ja. Mokry ręcznik, woda skapująca z włosów, książka, szum fal, bułka z roztopionym od gorąca serem. Piasek parzący stopy, brak zasięgu i perspektywa całego fantastycznego dnia na plaży!
niedziela, 13 listopada 2022
Czerwiec w trzech aktach.
Czerwiec, piękny jak z obrazka. Zdecydowanie jeden z moich ulubionych miesięcy. Wakacyjny, słoneczny, pełen długich dni i ciepłych, krótkich nocy. Bezkres możliwości. Miesiąc z niezliczoną liczbą zalet. Wydaje się, że wcale nie trzeba spać, kiedy lato wybucha nam prosto w twarz. Nic tylko korzystać, korzystać pełnymi garściami. Chciałoby się powiedzieć - chwilo trwaj!
wtorek, 8 listopada 2022
Maj.
Maj jest jednym z piękniejszych miesięcy w roku. Jest pięknie i kolorowo, dni są cudownie długie, świeci słońce i jest ciepło. Zazwyczaj. Wiemy doskonale, że bywają też te wyjątkowo zimne maje. Kiedy dalej jest dość kolorowo, dni są długie, ale spędzanie czasu na świeżym powietrzu wcale nie wzbudza szczególnego entuzjazmu. Moje maje, bez względu na to, co dzieje się za oknem, są niezmiennie okresem wzmożonej aktywności. Zawsze jestem zakopana w pracy, z terminami wiszącymi nad głową, z niedoczasem i zmęczeniem. Taka uroda mojej działalności. Jednocześnie maj jest miesiącem, z którego zazwyczaj stosunkowo mało pamiętam, bo dni nie różnią się od siebie szczególnie, a czas mija jeszcze szybciej niż zazwyczaj. Trochę szkoda, ale wiadomo...
sobota, 5 listopada 2022
Późna wiosna.
To było zaledwie chwilę temu. Radość z pierwszych kwitnących kwiatów, zieleń trawy, hamak. Twarz zachłannie wystawiona do słońca. Ciepło i szczęście ukryte między liśćmi roślin. Tego dnia, pierwszy raz w sezonie, chodziłam boso po trawie. Leżałam w hamaku z książką, piłam wino i cieszyłam się wolnym przedpołudniem. Takie chwile wracają niczym promyki słońca w jesienne deszczowe popołudnia. Takie, kiedy jest ciemno i zimno, kiedy najcudowniejszą wydaje się myśl o kocu i ciepłej herbacie.
niedziela, 23 października 2022
Wiosna.
Nie daje mi ostatnio spokoju myśl, że chciałabym zrobić coś wielkiego. Jakkolwiek megalomańsko to nie zabrzmi, chciałabym coś osiągnąć, stworzyć coś, co po mnie zostanie. Cały czas czuję, że nie daję z siebie wszystkiego, nie daję tyle, ile powinnam. Ten niedosyt jest wielopłaszczyznowy. Chciałabym więcej i bardziej, chociaż nie wiem, co mogłoby być tym czymś wielkim. Nie wiem, co byłoby czymś wystarczającym. I czy kiedyś faktycznie uda mi się poczuć, że to już, że się udało, że uf!
sobota, 15 października 2022
Wczesna wiosna.
Zjawiam się i znikam, gdybym chociaż była śliczna taka - Miss of America (parafrazując Lombard i Małgorzatę Ostrowską, oczywiście). Zjawiam się i znikam, znikam żeby się pojawić, pojawiam się z nadzieją, że tym razem nie zniknę. Wiem jednak doskonale, że zdarzyć może się dokładnie wszystko. Mogę zostać najbardziej sumienną i systematyczną z istot, mogę również zrobić to, w czym do tej pory, od dłuższego czasu, jestem tak dobra. Tak, zgadza się, wszyscy zgadli, owacje na stojąco. Zakładając jednak, że zupełnie nie wiem, co będzie, skupię się na tu i teraz. Tylko tyle i aż tyle. Widziałam już tyle wielkich planów, które zostały rozwiane niczym domek z kart, tyle złudzeń roztrzaskanych przez przeciąg, tyle nie tak to miało wyglądać, że daruję sobie deklaracje i uroczyste postanowienia. Postaram się, postaram się lepiej zorganizować swój czas, którego mi niestety ciągle za mało. Za mało godzin w dobie, za mało czasu, za mało życia w życiu. Takim jestem typem, że mi ciągle mało i za dużo chcę. Chcę lepiej, chcę więcej, chcę żeby było doskonale, a jednocześnie czuję, że czas pędzi i nie dam rady zrealizować wszystkiego tak na sto procent, tyle i tak, jak bym tego chciała. Trochę mnie to przeraża, przyznaję.
poniedziałek, 4 kwietnia 2022
Zima.
Była sobie zima. Była krótka i intensywna. Piękna, pełna śniegu. Idealna, biała zima, jak z obrazka. Taka, o której marzymy i taka, jaką sobie wyobrażamy, kiedy o niej myślimy.
sobota, 13 listopada 2021
#Kraków
Ocean wolnego czasu
Kraków Kraków Kraków
(...)
Nadmiar piękna oddech zapiera
Cudowny bezczas jak zakochanie*
Ostatnie wydarzenia i nieszczęsne krużganki przypomniały mi o zdjęciach z mojej ostatniej wycieczki do Krakowa. Całkiem zabawnie się złożyło, bo Kraków to kolejne z moich miejsc. Miasto, do którego uwielbiam wracać. Miasto, które za każdym razem zapiera mi dech swym pięknem. Miasto, w którym nie potrafię się nie uśmiechać. Ocean wolnego czasu.
środa, 27 października 2021
#Gliwice
Wspomniałam ostatnio, że od lat tworzę mapę moich miejsc. Miejsc, które są dla mnie ważne, pięknych miejsc, do których uwielbiam wracać, miejsc przepełnionych dobrymi wspomnieniami. Z każdym rokiem wzbogacam ją o nowe punkty, zdarza się też, że coś bezpowrotnie z niej znika, ale to na szczęście rzadziej. Te moje miejsca nigdy mi się nie nudzą, wracam do nich zawsze z tym samym uśmiechem na twarzy. Ogromną radość sprawia mi odkrywanie nowych, ale cytując klasyka - lubię wracać tam, gdzie byłem już, lubię wracać w strony, które znam, po wspomnienia zostawione tam, by się przejrzeć w nich...* Niektóre z tych miejsc mam na wyciągnięcie dłoni, od innych dzielą mnie kilometry, długie godziny podróży. A wszystkie łączy jedno, ja.
I tak, kiedy jesień pojawia się na horyzoncie, kiedy złote liście lecą z drzew, a ze spaceru wracam z kieszenią wypchaną kasztanami i żołędziami, kiedy powietrze robi się chłodne i coraz szybciej robi się ciemno, wtedy zaczynam bardziej tęsknić za Gliwicami. To zabawne, że jesienią brakuje mi ich jakby bardziej, tęsknię mocniej, ale tak jakoś wychodzi. Kto wie, może to dlatego, że właśnie jesienią pojawiły się w moim życiu. No i jesienią chyba też najcześciej je odwiedzam. Część z Was wie, że Gliwice mają szczególne miejsce w moim sercu. Tym, którzy tego nie wiedzą, zaraz po krótce wyjaśnię, jak doszło do tego, że stały się tak ważnym punktem.
poniedziałek, 18 października 2021
Rysa na szkle.
Niczym bumerang krążą mi po głowie zdania. Urywki całości, której nie jestem chyba jeszcze w stanie zgrabnie ułożyć, ale muszę się w końcu spiąć, żeby to zrobić. Wracają nieustannie. Po przebudzeniu, chwilę przed zaśnięciem, na spacerze i podczas zmywania. Myślę, że dopóki ich z siebie nie wyrzucę, nie przestaną mnie dręczyć. Chociaż kto wie, może to wcale nie wystarczy...
Łudziłam się, że to może jesień, więcej czasu i więcej ciemności, ale nie, to przecież wcale nie to. W głębi duszy doskonale wiem co to jest. W końcu znam ten cierpki smak, jak nic innego na świecie. Towarzyszy mi odkąd pamiętam. Mam to pod skórą.
Niczym bumerang wracam do napisania tego, co tak krąży. Nie zliczę, która to już próba, które podejście. Siadam, piszę, skreślam, wymazuję, usuwam. Znów próbuję. To wydaje się takie szalenie proste, a jednocześnie jest trudniejsze niż wszystko dotychczas. Trudne, bo bardzo moje, bardzo niewygodne i bardzo, po prostu.
poniedziałek, 4 października 2021
Moment, który mamy.
Kilka dni temu, między odstawianiem grzybków w occie na półkę w piwnicy i czymś równie banalnym, codziennym, zwyczajnym, dostałam wiadomość o śmierci pewnej dawno nie widzianej, ale od zawsze obecnej w naszym życiu osoby. Na kilka sekund czas się zatrzymał, bo była to niesamowicie nagła i szokująca wiadomość. Świat zadrżał. Oczywistym jest, że zalała mnie fala smutku i żalu, że już nigdy, że to takie ostateczne. Nie spodziewałam się tego zupełnie. Kolejnej znajomej twarzy mniej. Takie to dziwne.
Jeszcze wcześniej, dosłownie dzień lub dwa, w serialu, który oglądam, padło zdanie typu: bądź dobry dla swoich ludzi, nigdy nie wiesz, kiedy widzisz ich po raz ostatni.
sobota, 2 października 2021
Było sobie lato.
środa, 22 września 2021
Dziesięć i pół i jeszcze troszkę.
Znowu dzieli nas długa cisza. Bardzo długa. W pewnym momencie sytuacja robi się na tyle żenująca, że nie wiadomo jak zacząć. Czy w ogóle jeszcze warto, czy jest do czego wracać, co odbudowywać. W końcu cisza potrafi zabić, już się o tym przekonałam. Chociaż ja, z naiwnością dziecka, wierzę, że jak się stara i się bardzo chce, to można naprawdę dużo, nie wszystko (o tym się już również boleśnie przekonałam na własnej skórze), ale dużo. Tego chcę się trzymać, bo inaczej wszystko zostanie pozbawione sensu, a kto by chciał tak żyć...
środa, 23 grudnia 2020
#christmasmood
W całym domu pachnie mandarynkami, choinka dumnie pręży się wystrojona bombkami, światełka i świeczki przytulnie zalewają wnętrza ciepłym światłem. Siedzę z dużym kubkiem grzanego wina, w tle leci Christmas Time with Magnolia Jazzband, moje tegoroczne odkrycie. W zasadzie mogłabym się spinać, bo okna nie są umyte (a przecież wiadomo dla kogo je myjemy przed Świętami), coś tam jeszcze jest do posprzątania, coś do ugotowania, paznokcie do pomalowania. Nie wiem co ubiorę, muszę jeszcze popakować prezenty i zadzwonić do paru osób. Siedzę sobie jednak spokojnie, piszę i spoglądam co jakiś czas na moją piękną kulę śnieżną, z której zerka na mnie uśmiechnięty aniołek. Oczywiście potrząsam nią i cieszę się tymi błyszczącymi drobinkami, które wirują i powoli opadają, mam do tego wynalazku niezwykłą słabość. Siedzę i najzwyczajniej w świecie jestem szczęśliwa. Udało mi się chyba opanować do perfekcji czerpanie radości ze świątecznej atmosfery.
wtorek, 1 grudnia 2020
Magia grudnia.
Dziś, żeby oderwać się od dręczących myśli o zimie, całą swą energię przekułam w magię. Tak, dobrze słyszycie, w magię. Rozwiesiłam w oknach światełka, wyciągnęłam pudła pełne świątecznych wspaniałości - kubków, bombek, choinek, śnieżnych kul i innych klimatycznych drobiazgów. Odpaliłam świąteczne przeboje, zapaliłam lampki, pachnącą świeczkę i otworzyłam moje ulubione Dominosteine (czyt. te doskonałe kostki w czekoladzie z piernikiem, marcepanem i galaretką , to takie dobre, że można umrzeć ze szczęścia, serio!). No i stało się. Dom zrobił się przytulny, klimatyczny, ciepły. Gdyby nie antybiotyk, uczciłabym to grzanym winem, to byłaby idealna wisienka na tym świątecznym torcie, ale przecież nie mogę wszystkiego super zrobić jednego dnia. Chyba.
środa, 11 listopada 2020
Małe rzeczy.
Pomyślałam ostatnio, że nie mogę doczekać się zimy.
Ledwie ta myśl zaświtała mi w głowie, pojawiła się druga, niczym grom z jasnego nieba, stanowcza i karcąca. Zmusiła mnie do refleksji.
Mówiąc, że nie mogę się doczekać, sprawiam, że tu i teraz przestaje być ważne i wartościowe.
A w rzeczywistości jest ważne. Tak jak każdy jeden dzień, bez względu na to czy jest letni, zimowy czy wiosenny. Każdy jest wartościowy, a przynajmniej powinien być. Naszym zadaniem jest uczynić wszystko, żeby właśnie taki był. Naprawdę nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Kurczowo się trzymam myśli, że każdy dzień może być tym ostatnim. Jakkolwiek to brzmi. Wiecie przecież, że im dłużej czekamy na przyszłość, tym będzie ona krótsza. No i czy odważymy się tak naprawdę żyć i czerpać z niej garściami, jak już nadejdzie? Czy w ogóle ją zauważymy? A może po prostu obudzimy się pewnego dnia w fotelu, odgarniemy z czoła siwe włosy i spytamy samych siebie, jak to, kiedy to się stało, kiedy minęło? Bardzo lubię jedno zdanie. Zamiast ciągle na coś czekać, zacznij żyć, właśnie dziś, jest o wiele później, niż Ci się wydaje. To ks.Kaczkowski.
sobota, 7 listopada 2020
Dobre momenty.
Świat stanął na głowie. Chciałam coś napisać, wyrzucić to z siebie, jednak zdaje mi się, że większość została już powiedziana. Ładniej, dosadniej, lepiej, nie wiem. Mi zwyczajnie zabrakło słów. Było mi smutno, byłam rozżalona, wkurzona, zła, rozbita. W zasadzie jeszcze cały czas jestem, ale wiadomo, czas robi swoje. Pozwala się oswoić, otrząsnąć, wykrzyczeć. Oswoić. Cholera. Brzmi jakby się miało urządzać w tej czarnej dupie. Faktem jednak jest, że każdy absurd powtarzany systematycznie nabiera zwyczajności. Osłuchasz się, opatrzysz i już jakby wrażenia nie robi. Niby. Bo kiedy granice absurdu coraz bardziej się zaciskają, trudno mówić o normalności. Myślę też, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że tak trudno to zaakceptować. Trudno poskładać się do kupy i zupełnie normalnie funkcjonować. Mi jest trudno. Żeby nie zwariować z tej bezradności, żeby na chwilę się oderwać, trochę wyciszyć, wróciłam do jednego z najbardziej wakacyjnych dni tego lata. Teraz zamykam oczy i jestem na jednej z najpiękniejszych plaż półwyspu. Słońce, błękitne niebo, cisza.



















