środa, 14 grudnia 2011

Prognoza wierzchnia.

Kiedy dziś rano wyszłam z domu doznałam szoku. Przyzwyczaiłam się do tego, że nie ma śniegu (i przyznam szczerze, czym się pewnie narażę większości - jestem przeszczęśliwa z tego powodu. Wszystko z powodu sanek. Konkretnie ich braku, tak więc cieszę się, że nie ma śniegu, bo znowu byłoby mi tak strasznie przykro.). Przyzwyczaiłam się do tego, że praktycznie cały czas wieje, że wiatr jest diabelsko zimny, ale mimo to jest ciepło (jak na połowę grudnia). W dalszym ciągu noszę czapkę z przyzwyczajenia, a połowa kozaków jest jeszcze cały czas za ciepła. Tylko raz ubrałam szalik (dziś) i to raczej z przyzwoitości, żeby dekoltem nie świecić. Tylko raz ubrałam mój ekstremalnie zimowy płaszcz (z którym rok temu prawie się nie rozstawałam). Absolutnie się w tej chwili nie żalę. Powiem wręcz, że mi z tym dobrze. Jakoś tegoroczną zimę mam w ... głębokim poważaniu. Czekam na coś, nie wiem na co. Nie jest to śnieg, wiosna chyba też nie, bo przecież minimum dwa razy w tygodniu mamy wczesną wiosnę. Reszta to jesień. Porządna wietrzna jesienna wiosna. Ale chwileczkę... Czemu doznałam szoku spytacie. Otóż dziś uderzyła mnie fala niezwykle ciepłego powietrza. Słońce grzało jak mały piecyk i mój szalik był jakby nie na miejscu (ale pamiętacie - przyzwoitość...). O kożuszku nie wspomnę. Prawie się w nim ugotowałam, mimo, że sukienka jest z krótkim rękawem. Chyba powinnam wyskakiwać w piżamie na balkon, żeby ocenić stan pogodowy (tak, jak to robię w lecie - kontrolnie), bo okno dalej kłamie.







2 komentarze: